Mentor vol. 2
Poczułem się nagle zupełnie bezbronny. Aż zesztywniałem. Rozejrzałem się po cmentarzu z góry. Zauważyłem co najmniej kilkanaście trupów przechadzających się wokół nagrobków lub gawędzących ze sobą. Jeden nawet wyglądał na mnie zza jakiegoś krzaka nieopodal. Wzdrygnąłem się. Nagle zapragnąłem zatrzasnąć się w mojej trumnie i przeczekać do następnej nocy, by znów znaleźć się przy Mentorze.
Ruszyłem więc w dół, a im więcej trupów mi się przyglądało, tym szybciej szedłem. Ostatnie metry właściwie przebiegłem, zadziwiająco bezbłędnie trafiając do mojego grobu. Trupy zbliżały się do mnie, pewnie chcąc zagadać, ale byłem tak zestresowany, że prędko wszedłem do trumny, zasunąłem deskę, a potem zamknąłem wieko.
Och, jak dobrze!
Zdziwiłem się swoją nieśmiałością. Nie to, że nie chciałbym poznać bliżej jakiegoś trupa, zwłaszcza właścicielkę tej smukłej, pięknej dłoni, ale… Nie lubiłem nie panować nad sytuacją. A teraz czułem się cholernie niepewny. To się działo za szybko, po prostu. Musiałem się z tym wszystkim oswoić.
Wyczułem leżącą w rogu trumny latarkę; cóż a bogatą wyprawkę dostałem po śmierci! Mimo to nie miałem potrzeby jej zapalać. Lepiej mi było po ciemku. Zamknąłem oczy, uspokajany przez miarowe tykanie zegara. Ale żaden sen czy tam apatia nie przyszły. Pogrążyłem się w myślach, a było mi tak wygodnie i przyjemnie, że nie miałem potrzeby się wychylać. Myślałem i myślałem, zastanawiając się, co teraz mówią o mnie na przykład rodzice. Kurde, nazwali mnie Gustawem Adamowiczem, a potem dziwili się, że chcę zostać artystą.
Nie, nie mogę narzekać: starzy nie piętnowali moich zainteresowań. Nie krytykowali, tylko obserwowali bez słowa moje poczynania. Nawet starali się mnie nie porównywać do mojej starszej siostry Julii, wielkiej pani na włościach, która rok temu skończyła medycynę. Ble, fuj. I owszem, po cichu liczyli, że pójdę na prawo, a gdy dowiedzieli się, że pragnę zgłębiać polonistykę, byli przekonani, że zostanę nauczycielem. Byle nie pisarzem. Cóż, powinni być zadowoleni, bo w końcu nim nie zostałem, he, he. Ciekawe, czy w ogóle przejęli się moją śmiercią. Zwłaszcza że umarłem, nie osiągnąwszy NIC. Nawet nie zdążyłem obronić tytułu magistra. Julia pewnie ma z tego ubaw. Jedyne, co po sobie zostawiłem, to pięć stów na koncie za krojenie serów w Auchanie. I niewydaną książkę. Co z nią zrobili? Co z moim laptopem? Kto przejął mojego laptopa?! Oby Wiktor. On na pewno wpadłby na to, żeby wydać tę książkę. On zrozumie. Tak, tak, na pewno tak zrobi, jak tylko sam się obroni. Trochę mi ulżyło po tej myśli.
A zatem myślałem tak i myślałem, starając się nie skupiać na tym, że moje zranione po wielokroć serce nawet, do chuja, nie bije. To musiało być to całe głębokie zamyślenie, jak nic. Świetnie, bo się przy tym nie rozkładałem. Pisarz to pisarz, wyobraźnię ma wiecznie żywą! Jednak zupełnie straciłem poczucie czasu. Dlatego kiedy wieko trumny znów się uchyliło, nie wiedziałem, czy minęła cała doba, czy może dwie godziny. Nieco rozkojarzony, rozbudziłem się w sekundę, gdy pojawiło się nade mną kilka trupich twarzy, wołających:
– Mentor nie żyje! Mentor nie żyje!
Kątem oka zauważyłem, że zegar wskazywał wpół do jedenastej. Wstałem gwałtownie, otrzepując się, a serce, to głupie, dziurawe serce, podskoczyło mi do gardła. Przez chwilę chciałem powiedzieć: toście odkryli Amerykę, ale coś w spojrzeniach trupów sprawiało, że poczułem prawdziwy niepokój. Było ich z ponad dwadzieścia.
– W sensie umarł ostatecznie? Wykitował na śmierć? – doprecyzowałem.
– Kojfnął na dobre – przytaknął jakiś pół-trup, pół-człowiek, na oko pięćdziesięciolatek, ubrany w poszarpaną koszulę w kratę, ale z czystym krawatem, okularkami, a nawet przedziałkiem na głowie. Wyglądał na wyjątkowo rozumnego.
Wyszedłem z mojego dołu i stanąłem przed trupami, zastanawiając się, dlaczego wszyscy tak na mnie patrzą. Nie ucieszyła mnie ta wieść, ale co ja mam do tego?
– Myślicie, że to ja go, eee, zabiłem? – bąknąłem.
– Nie, nie – zaśmiał się serdecznie ów trup. Uniosłem brwi. – Właśnie zostałeś naszym nowym mentorem.
– Że co? – Tym razem to ja się zaśmiałem, choć przyznam, że był to śmiech dość piskliwy.
– Może się przedstawię: mam na imię Henryk i jestem cmentarnym… hm, sekretarzem. – Podał mi z uśmiechem fioletową, chropowatą dłoń. – Spisuję zmarłych, przydzielam trupy do różnych funkcji i pilnuję, by cmentarz działał jak trzeba. Wiesz, mnóstwo papierkowej roboty.
– No to chyba ci robaki mózg wyżarły, skoro przydzieliłeś mnie na mentora! – palnąłem. Boże, ale się zrobiłem niemiły po śmierci.
– Dbam o odrobaczanie, jakbyś chciał wiedzieć – burknął nieco urażony Henryk, ale zaraz odchrząknął, poprawił okulary i wrócił do dawnego, pogodnego tonu. – Prawo Cmentarza powiada, że jeśli mentor uda się na wieczny spoczynek, jego funkcję przejmuje ostatni trup, którego wybudził, jako ten, który finalnie miał zaszczyt usłyszeć jego nauki.
– Ale ja się prawie niczego nie dowiedziałem! – zawołałem. – Nie nadaję się!
– Oj, już nie bądź taki skromny. – Henryk spojrzał po innych trupach. – To jak, zaufamy naszemu nowemu mentorowi?
– Tak! Nowy mentor! Nowy mentor! – wołały truposze z przygłupimi minami.
– To już? – spytałem z niedowierzaniem. – Właśnie zostałem tym całym mentorem? Ot tak?
– A czego oczekiwałeś? Koronacji? – zachichotał jakiś bardziej rozgarnięty, niemal ludzki z wyglądu trup w surducie, chyba ten sam, który wcześniej nazwał mnie świeżakiem.
– Raczej przyspieszonego kursu mentorowania – mruknąłem. A potem dodałem pod nosem, niby mimochodem: – Albo poznania tych całych zasad cmentarza…
Wszystkie trupy wydały z siebie okrzyki zdziwienia, a jednemu nawet opadła szczęka. Szybko ją sobie przytwierdził do twarzy, a zaraz potem zawołał:
– Biada mu! Hańba! Cóż to za trup, który nie zna dziesięciu zasad cmentarza?
– Mentor poszedł smacznie spać, sztywniaku, zanim mi je przedstawił – odparłem ze złością. Tak naprawdę trochę chciało mi się płakać, znowu. Na szczęście Henryk szybko złagodził sytuację.
– Spokojnie, zawsze noszę przy sobie zapasowy egzemplarz, tak na wszelki wypadek.
Wyjął z kieszeni pomiętą, brudną kartkę i podał mi ją, a ja zacząłem czytać takie oto wypunktowane zasady:
- Nie pokazuj się śmiertelnikom i się z nimi nie kontaktuj ani w sposób mówiony, ani pisemny, pod groźbą zakopania grobu.
- Nie przestawiaj zniczy, kwiatów i wszystkiego, co postawione jest na lub przy grobie, oraz nie zostawiaj żadnych znaków swojego nieżycia, gdyż śmiertelnicy mogą nabrać wątpliwości.
- Nie wychodź daleko poza Cmentarz, gdyż dalsze odejście grozi natychmiastową drugą śmiercią, a jeśli musisz się kawałek oddalić, każde wyjście zgłaszaj strażnikowi cmentarza z podaniem powodu wybiegu.
- Ewentualne wyjścia zaplanuj tak, by nie zastał cię poranek. Wychodź tylko wczesną nocą.
- Nie strasz śmiertelników za dnia, stukając w trumnę, wyjąc lub wykonując jakiekolwiek odgłosy, które mogą wzbudzić ich niepokój.
- Chęć wybudzania o konkretnej godzinie zgłaszaj aktualnemu Wybudzaczowi cmentarnemu.
- Nie przekupuj grabarzy.
- Nie oceniaj innych trupów po wyglądzie, bo rzeczą trupią jest gnić.
- Panią Cmentarza traktuj z największym szacunkiem.
- Akceptuj swoją funkcję na Cmentarzu i spełniaj ją jak najlepiej.
– I co sądzisz? – spytał podekscytowany Henryk, gdy uniosłem głowę znad kartki. Wszystkie trupy patrzyły na mnie wyczekująco.
– Eee… Fajne? – bąknąłem.
– No jasne, że fajne! – przytaknął ochoczo Henryk, a trupy wyszczerzyły oszkliwe zęby, jeśli tylko je miały, i zaczęły kiwać aprobująco głowami, no może poza tym w surducie, który tylko przewracał oczami.
Doszedłem do wniosku, że tym umarlakom naprawdę zależy na moim zdaniu. Oni JUŻ we mnie widzą mentora. Chęć płaczu na szczęście mi przeszła. Teraz z jednej strony chciało mi się śmiać z żenady całej tej sytuacji, a z drugiej coś zaczęło się we mnie rodzić, choć trudno mi to było jeszcze nazwać. Chyba coś w rodzaju odpowiedzialności za tę zgraję martwych idiotów.
– No dobrze, to teraz muszę się trochę zaznajomić z tym cmentarzem – powiedziałem.
– Ja ci w tym pomogę – zapowiedział się od razu ten w surducie.
Przytaknąłem z uśmiechem.