Krypta
Nie wiem, ile przez następną dobę spałem, a ile rozmyślałem. Wiem tylko, że nadal miałem kaca, gdy Marcel zapukał do mej trumny.
– Hej, stary, żyjesz tam? – spytał, uchylając wieko. Znów mielił nieodpalonego papierosa w ustach.
– Nie – mruknąłem. Odpędziłem z obrzydzeniem robaka, który chodził mi po spodniach.
– Jeśli dalej masz kaca, to witaj w klubie. Ale z nas złe trupy, co nie? No, chodź, wstawaj. Tylko uważaj, bo pada. Nie poślizgnij się na błocie.
Niechętnie bo niechętnie, ale wyszedłem na powierzchnię. Deszcz przyjemnie obmywał mi włosy i twarz. Nie czułem jego chłodu. Właściwie mogłem tak stać w deszczu i stać, i nie zrobiłoby mi to żadnej różnicy. Może tylko irytowałoby mnie ubranie klejące się do ciała.
– Wyglądasz jak kupa gówna – powiedział Marcel radośnie.
– A ty jak mokra kupa gówna – odparłem.
Uśmiechnęliśmy się. Nagle, patrząc tak na niego, ze ściskiem w gardle wspomniałem sobie słowa Ali na jego temat. Ojciec zamykał go w piwnicy? Zanim zastanowiłem się, czy to dobry moment, by go o to zapytać, Marcel wypalił:
– Nie wiem, co narobiłeś, ale pani cmentarza cię wzywa. Ty złolu. Chcesz być gorszy ode mnie, co? Bo chyba nie chodzi o naszą alkoholizację, no nie? Nie chodzi o nią, prawda, Johny?
– Jak coś, to cię nie wsypię, nie martw się – powiedziałem, a jemu wyraźnie ulżyło, choć udawał oburzonego. – I przecież nic złego nie zrobiłem. – Chyba, pomyślałem. – Wiesz co? Cieszę się, że wreszcie poznam tę całą lejdi, cokolwiek ode mnie chce.
– Musisz na nią uważać, Johny, nie żartuję – powiedział z powagą Marcel, aż wyjął na moment papierosa z ust. – Bylebyś jej nie podpadł, bo będziesz mieć przerąbane, rozumiesz?
– Taa.
– Jesteś dzisiaj jakiś taki niemrawy…
– Kac, zapomniałeś?
Marcel nie dopytywał. Podczas gdy odprowadzał mnie pod samą kryptę, kłóciliśmy się o to, kto więcej razy zwymiotował. Lekki stresik złapał mnie, kiedy już stanąłem przed tym kamiennym, złowrogim domkiem sławetnej pani cmentarza.
– Jak ona w ogóle ma na imię? – spytałem Marcela.
– A bo ja wiem? Nigdy nie byłem w środku, mało kto był. To zawsze jest dla wszystkich po prostu pani cmentarza. Idź już. Poczekam tu na ciebie.
Nie pozostało mi nic innego, jak pociągnąć za klamkę masywnych, czarnych drzwi.
Przekroczyłem próg. W środku było całkowicie ciemno i nawet mój pośmiertny sokoli wzrok nie pozwolił mi dostrzec szczegółów krypty. Dzięki nikłemu blaskowi zniczów z cmentarza zauważyłem zarys wielkiego grobowca na środku, a także wnęki w ścianach, w których zapewne znajdowały się trumny. Podmuch wiatru (a może jakiś duch, albo sam Marcel) sprawił, że drzwi do krypty się za mną zatrzasnęły. Zapadła grobowa cisza. To śmieszne, ale zacząłem się bać, ja, trup, którego nic już gorszego spotkać nie może.
Wtedy usłyszałem dźwięk tarcia zapałki o szorstką powierzchnię pudełka, a zaraz potem ujrzałem na końcu krypty niewielki płomyk, który na moment oświetlił twarz stojącej tam pani cmentarza. O chuju złoty. Pisnąłem cienko jak dziecko, a potem jeszcze cieniej, gdy przerażająca pani trup zapaliła od zapałki świecę, uśmiechając się przy tym spode łba złowieszczo. Przyszła mi na myśl ta wstrętna starucha z filmu Lśnienie i pomyślałem, że gdyby ta tutaj zaczęła się śmiać jak ona, to chyba bym zemdlał.
Pani cmentarza właściwie nie miała twarzy, tylko czaszkę; resztki mięsa zachowały się w okolicach policzków (tym upiorniejszy był uśmiech) oraz oczodołów, w których głęboko zapadnięte oczy zdawały się niemal całkiem białe. Pojedyncze, zlepione pasma kłaków zwisały spod poszarpanego kapelusika, który zakrywał, jak przypuszczałem, gołe sklepienie czaszki. Dziura po nosie zdawała się pochłaniać resztki światła. Dół trupicy również był rodem z horrorów. Miała na sobie staromodną, białą suknię z bufiastymi rękawami, która dokładnie podkreślała wystający grzebień żeber; rozcięcie materiału ukazywało ukrytą pod spodem nogę, składającą się z samych kości. A brak butów powodował, że gdy szła z wolna w moją stronę, odgłos uderzania kostek o kamienny bruk odbijał się echem po krypcie. Cofnąłem się automatycznie, mając ochotę natychmiast uciec. Ale jakaś trupia siła we mnie wstąpiła. Siła, która podpowiadała mi: hej, ponoć jesteś mentorem, nie możesz bać się byle trupa!
Pani cmentarza zbliżyła się do mnie na tyle, że przy niewielkim płomyku świecy, którą trzymała w kościstej dłoni, mogłem lepiej przyjrzeć się jej oczom. Nie, nie były białe, raczej biało-żółte, wypłowiałe, trzęsące się niczym galaretka. Słowem – obrzydliwe, aż mnie na wymioty zebrało. Dobrze, że miałem spaczony węch, bo gdybym ją poczuł (cóż, siebie pewnie też), to chyba puściłbym pawia na jej upiorne stopy.
– To ty jesteś nowym mentorem? – spytała złowieszczym szeptem, złowieszczym i zachrypniętym, bo w końcu w jakim stanie mogą być struny głosowe po tylu latach od śmierci? O ile w ogóle je miała, bo śmiem przypuszczać, że już dawno się rozłożyły. Poczułem ciarki na plecach.
– No, ja – powiedziałem lękliwie.
– Nie jest ci wstyd, mentorze? – Pani cmentarza jeszcze bardziej się do mnie zbliżyła i jeszcze bardziej ściszyła głos. Cóż, zapewne miała lata praktyki w zastraszaniu. – Opijasz się, a potem w samopoczuciu wzbudzającym niechęć, byle jak i na szybko oprowadzasz nowego zmarłego po moim cmentarzu?
– Słucham? – Część mojego strachu zamieniła się w złość. – A skąd przyszło pani coś takiego do głowy?
– Prosto ze źródła, nieboszczyku. I nie tym tonem do mnie.
Aż się zatrząsnąłem z wściekłości. A ja myślałem, że pani Stasia poprawiła się po śmierci…
– Ponoć nie przedstawiłeś jej nawet zasad cmentarza. Jak to świadczy o tobie jako mentorze? I jak to się ma do ostatniej zasady z naszego dekalogu, o ile w ogóle go znasz?
Może mnie, babo, zwolnisz? – pomyślałem, ale że mimo wszystko nadal się bałem, na głos odważyłem się tylko powiedzieć:
– Dopiero zaczynam mentorowanie, dlatego trochę może mi umykać…
– Nic nie może ci umykać! – wrzasnęła pani cmentarza, a ja aż podskoczyłem. – Pełnisz najważniejszą funkcję w całym cmentarzu, dlatego wymaga się od ciebie więcej, a już na pewno nie godzi się, byś popijał jak jakiś bezdomny tylko dlatego, że umarłeś i myślisz, że wolno ci robić wszystko, na co masz ochotę! Wręcz przeciwnie, nieboszczyku! Najlepsze chwile za życia masz już za sobą, teraz już nic ci nie pozostało, jak wykonywać swoje obowiązki jak należy. Czy rozumiemy się w tej chwili?
Ło matko, poczułem się, jakbym stał przed moim nauczycielem z fizyki, który ryczał po mnie, gdy przyłapał mnie po raz dziesiąty na ściąganiu. Albo jak przed szefem z działu serów, który zauważył po raz kolejny, że podjadam camemberta pod ladą. Czyli poczułem się winny, zawstydzony i wystraszony, mimo trywialności sytuacji. Kurde, nie żyję, próbuję się wyzbierać po własnej śmierci, i jeszcze dostaje mi się opieprz!
– Tak, postaram się poprawić następnym razem – bąknąłem. – M-mogę już iść?
– A pozwoliłam ci?
Wosk ze świecy zaczął skapywać pani cmentarza na palce-kości, ale ona w ogóle nie zwracała na to uwagi, wpatrzona nienawistnym wzrokiem we mnie. Chyba nawet nie mrugała. Kto wie, może już nie miała powiek.
– Musisz zadośćuczynić.
– Mam kogoś zabić, a potem jak go pochowają, oprowadzić, ale już ładnie i skrupulatnie?
– Milcz! – Aż mnie opluła przy tym krzyku. – Nie cierpię takich ignorantów jak ty. Musisz pomóc komuś na cmentarzu. Musisz stać się mentorem i poprowadzić zagubionego trupa, tak by pomóc mu uporać się z jego problemami.
– Ja… planuję pisać dla każdego terapeutyczną opowieść, jak tylko dostanę notesy od grabarzy – powiedziałem nieśmiało, licząc na to, że jej się przypodobam. – Wiele trupów już mnie o taką opowieść prosiło.
Pani cmentarza zmarszczyła resztki brwi i zbliżyła świecę do moich oczu.
– Mam cię pochwalić? To twoja praca, rób to, jeśli uważasz, że coś tym zdziałasz. Tymczasem masz trzy noce na naprawę jednego trupa. Udowodnij, że jesteś na odpowiednim miejscu. Jeśli się nie sprawdzisz, wyniosę z tego znacznie większe konsekwencje.
– Ale…
– Zejdź mi z oczu, mentorze.
Pani cmentarza zdmuchnęła płomyk, a ja rzuciłem się do drzwi, bojąc się być tu z nią po ciemku sam na sam. Wybiegłem na zewnątrz i jak najszybciej zatrzasnąłem za sobą drzwi. Dyszałem ciężko, co było idiotyczne, skoro jako tako w ogóle nie oddychałem. Ach, te ludzkie odruchy…
– Ale cię nastraszyła, Johny, gdybyś się teraz widział! – Marcel śmiał się tak bardzo, gdy do mnie podchodził, że papieros między jego zębami trząsł się jak osika. – Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
– Gorzej. A zaraz ty tak będziesz wyglądać, bo teraz twoja kolej na rozmowę – odparłem, a gdy ujrzałem jego przerażoną minę i już poczułem satysfakcję, machnąłem ręką. – Żartuję przecież. To ta wstrętna pani Stasia, moja była sąsiadka. Nakablowała na mnie, że oprowadzałem ją byle jak na kacu.
– Pani Stasia oskarżycielką, która wniosła pozew? Ta słodka staruszka?
– To uosobienie zła! – zawołałem, ale niedowierzający mi Marcel już zmieniał temat.
– Lepiej mów, jak wrażenia po rozmowie z panią cmentarza.
Wskazałem Marcelowi, byśmy trochę odeszli od krypty, bo jeszcze by ta odrażająca mieszkanka krypty usłyszała, jak ją obgadujemy. Ruszyliśmy w dół po brukowanej drodze; deszcz nadal siąpił, ale ja, rozgorączkowany na całego, nawet nie zwracałem na to uwagi.
– Terroryzowała mnie, do chuja – jęknąłem. – Okropna jest, niesprawiedliwa i… i straszna.
– A nie mówiłem?
– A co najgorsze, ona się świetnie bawiła, gdy mnie tak straszyła.
– A czy to przestępstwo? Ty byś się nie bawił świetnie, strasząc głupie trupy? Taka jej praca, Johny.
– Żadna praca. Zabiorę się za nią, zobaczysz. Jest trupem jak każdy inny.
– Powiało grozą.
– Poza tym, co ona tam robi w tej krypcie? Nie nudzi jej się?
– Zadajesz naprawdę trudne pytania. Co to kogo obchodzi? – Marcel przewrócił oczami. – Wiesz co, idę się położyć, bo dalej mnie naciąga. Poza tym nie lubię deszczu.
– Bo niszczy ci fryzurę?
– A żebyś wiedział – warknął, po czym ostentacyjnie rzucił papierosa na ziemię i „zgasił” go czubkiem buta. – A ty lepiej pogadaj z Ali, bo chyba jest jej przykro.
– Jej? O nie, nie mam zamiaru!
Marcel tylko wzruszył ramionami, po czym skręcił w stronę swojego grobu. Gdy tylko zniknął w swoim grobie, palnąłem się w czoło. Przecież mógł być moim królikiem doświadczalnym w naprawianiu trupów! Ruszyłem w jego stronę, ale po chwili przystanąłem. Nie, w ten sposób zapewne tylko go spłoszę i nigdy nie dowiem się, co działo się w tej piwnicy. Muszę dać mu jeszcze czas. Lepiej, żebym zabrał się za kogoś innego. I nie, nie będzie to Ali, bo za bardzo mnie wkurzyła.
Miałem lepszy pomysł.