Chrzest trupa
Cz. 1. Chrzest trupa – akceptacja
– Rozpoczynamy pośmiertny chrzest Gustawa Adamowicza, zwanego Johnym, który jest świeżym trupem z nieświeżym oddechem.
Podeszliśmy kawałek do lasku obok cmentarza, układając się na trawie przy kilku brzózkach i krzaczkach; księżyc, podobnie jak gwiazdy skryte za chmurami, przeświecał od czasu do czasu przez korony drzew, wiał też lekki, przyjemny wietrzyk. Widziałem dobrze w ciemności i sprawiało mi to niemałą satysfakcję. Tymczasem Marcel przemawiał to prosto z pieńka bardzo oficjalnym tonem, z natchnieniem i pasją, a ja miałem wrażenie, że tak właśnie przemawiałby w sądzie, gdyby żył. Siedząc z podkulonymi nogami obok rwącej trawę Ali i patrząc z dołu na Marcela, pomyślałem sobie, że świat stracił naprawdę dobrego prawnika. Zrobiło mi się trochę przykro.
– Chrzest składać się będzie z trzech etapów. Pierwszy to akceptacja, drugi – swoista abolicja, trzeci zaś – afirmacja. Jeśli nikt nie wznosi sprzeciwu… przejdziemy do etapu pierwszego.
Podniosłem rękę.
– A mogę zadać jakieś pytanie?
– Nie.
– No to wnoszę sprzeciw.
– Uchylam.
Żartów nie było. Ali też chciała dołożyć swoje trzy grosze, ale surowa mina Marcela sprawiła, że się powstrzymała.
– Skoro wszystko jasne… Etap pierwszy uważam za rozpoczęty!
Marcel zeskoczył z pniaka, a jego poważna mina przeobraziła się w uśmiech króla zła. Zakasał rękawy. Ożywiona Ali dołączyła do niego, strzelając okropnie na palcach. Zacząłem się bać.
– Dobra, Johny, zamykaj oczy – powiedziała rozkazującym tonem.
– Co? Nie! – odparłem zaraz, ale potem coś mi przyszło do głowy: a może oni chcą mi wetknąć w usta szyjkę flaszki, bym pociągnął łyk, skupiając się niczym innym, tylko na smaku? Taka mała niespodzianka na dobry początek…
Nim zdążyli coś powiedzieć, zamknąłem oczy. Usłyszałem jakieś odgłosy i uśmiechnąłem się lekko, po czym rozchyliłem usta. Nastała cisza, a ja dalej stałem o suchym pysku! Usłyszałem stłumiony chichot i natychmiast uniosłem powieki. Przez pierwszą milisekundę chciało mi się śmiać z własnej beznadziejnej miny, ale zamiast tego krzyknąłem głośno i aż odskoczyłem do tyłu.
– To ja? – spytałem idiotycznie, patrząc w swoje odbicie w lusterku.
– Nie, kuźwa, Edward Nożycoręki – mruknął Marcel.
– No, czyż nie słodki z ciebie trup? – Ali wyszczerzyła się do mnie.
Ostrożnie podszedłem bliżej swojego odbicia. Byłem dosłownie trupioblady, pod oczami widniały mi fioletowo-zielone sińce, usta miałem istnie purpurowe, zaś moje ciemnobrązowe oczy zrobiły się jakieś takie… mdłe, matowe, bez żadnego błysku, do tego lekko zapadłe jak u innych trupów. I te włosy, posklejane i koszmarnie niepoukładane, które zdały mi się dłuższe niż za życia…
– O chuju złoty, ja faktycznie nie żyję – powiedziałem spokojnie, a potem, och, jakże trudno to było przewidzieć, zacząłem łkać, dotykając przy tym swojej twarzy, włosów i całej reszty. – Przecież ja już nie mam szans u Oliwki – jęknąłem płaczliwie. – Jestem śmierdzącym, gnijącym, odrażających workiem truchła, które…
Marcel zamknął mi usta, przystawiając do nich flaszkę wódki. Nareszcie.
– Im więcej popijesz, tym ładniejszy się sobie wydasz – uznał, a ja zgodnie z zaleceniem odkręciłem zakrętkę, powąchałem (nie bardzo coś poczułem), a potem zrobiłem porządnego łyka (nawet mnie nie zapiekło w gardle). Mimo to uczucie rozlewającego się płynu po moich zatęchłych wnętrznościach było niesamowicie przyjemne. Uśmiechnąłem się przez łzy.
– Ej, ale jak na trupie standardy serio wyglądasz cool – pocieszała mnie w tym czasie Ali, która opuściła już lusterko. – Nie to co Marcel, który jak człowiek piłuje paznokcie w trumnie, codziennie przemywa twarz w rzece i prasuje garnitur.
– Nie prasuję garnituru! – oburzył się Marcel. – Tylko przeczyszczam szczotką – dodał pod nosem. – Poza tym muszę się prezentować jako mediator.
– A ja jako mentor już nie?! – zawołałem rozpaczliwie.
– Ty jako mentor masz być blisko trupów, rozmawiać z nimi i im pomagać. A ja mam wyglądać profesjonalnie. Taka różnica. Głowa do góry, stary! Może kiedyś pożyczę ci grzebyk.
Ali przewróciła oczami, po czym oznajmiła:
– Dobra, słuchaj, Johny. Może i jest trochę minusów bycia trupem – słowo „trochę” nie do końca mi tu pasowało – ale tak ogólnie jest spoko, serio. Niczym się już nie musisz przejmować.
– Tak jak tym robakiem, co ci łazi po marynarce – dodał Marcel.
Otrzepałem się jak szalony, szukając ze strachem owego robala, a gdy oboje zaczęli się ze mnie śmiać, zrobiłem naburmuszoną minę.
– Ej, weźcie mnie pocieszcie, a nie – mruknąłem.
– Właśnie do tego dążyłam – odparła Ali, a w jej martwych oczach pojawił się błysk. – Teraz zaczyna się prawdziwa zabawa. Musisz zrozumieć, że prawa ludzkie już cię nie obowiązują. To znaczy do robaków będziesz musiał się przyzwyczaić, bo tego nie unikniesz, ale poza tym… Tee, Marcel, przywal mu.
– Co? – zawołał Marcel.
– Co? – zawołałem.
– Dżizas, Marcel, no przecież on nawet nie poczuje bólu. A ty mocniej przywalisz niż ja.
– Co? – zawołał Marcel.
– Co? – zawołałem.
– Przecież taki jesteś ponoć zły. – Ali pokiwała głową z zażenowaniem. – OMG, dobra, ja to zro…
– Nie, no co ty, oczywiście, że mu przywalę, tak się tylko zgrywam. Ale wcześniej zróbmy sobie kolejkę… – Marcel zrobił porządny łyk wódki, potem ja, a na końcu Ali, która skrzywiła się ukradkiem, co i tak zauważyłem. Cóż, ona jest z nas najdłużej trupem, u niej kac musi być potworny. – Dobra. Uważaj, Johny, mam mocny prawy sierpowy! Nie pozbierasz się.
Chłopak uniósł pięść i zaczął się zamierzać. Raz, dwa… Przez chwilę się bałem. Ale tylko przez chwilę. Przy dziesięciu nie wytrzymałem i kazałem mu mnie nareszcie rąbnąć. Ten z krzykiem, dość piskliwym swoją drogą, w końcu zadał mi cios w ramię. Już chciałem się z niego zaśmiać, że wali ja pięcioletnie dziecko, bo zupełnie nic nie poczułem, lecz potem zrozumiałem: no przecież wiadomo, że nic nie poczuję, bo jestem pozbawionym aktywnych połączeń nerwowych trupem.
– Ej, super tak – powiedziałem z wielkim wyszczerzem. Procenty już powoli zaczynały na mnie działać.
Oddałem Marcelowi, kopiąc go prosto w udo. Ten udał, że chce mi za to porządnie przywalić, ale znów zaczął się zamachiwać, no to oddałem cios w stronę na Ali. Ta z gracją zrobiła unik, wyginając plecy, a potem uderzyła mnie pięścią w brzuch, robiąc przy tym jakieś taneczne ruchy. Więc ja pociągnąłem ją za rękaw sukienki i urwałem kawałek materiału, śmiejąc się jak jakiś psychol. No to ona mnie popchnęła, a w tym czasie Marcel zdążył mnie wreszcie uderzyć prosto w mostek. Przewróciłem się efektownie na plecy, czując, jak jakiś korzeń pode mną wbija mi się w kręgosłup, ale co mnie to, skoro i tak nic mnie nie boli. No to podłożyłem z pozycji półsiedzącej nogę Ali, która jednak nie wywróciła się, tylko zrobiła piruet w powietrzu, a potem skoczyła mi na piszczel i zachichotała jak mała dziewczynka. Tyle że ja już się nie zaśmiałem, bo usłyszałem jakiś dziwny chrupot.
– Co jest, kurwa – powiedziałem ostro, czując jakieś bliżej nieokreślone uczucie w nodze.
– Ha, ha! Ali złamała ci kość! Ale jazda! – cieszył się Marcel.
– Ups! – Dziewczyna zakryła usta dłonią. A widząc moją minę, dodała: – Dżizas, nie dramatyzuj tak. Wstawaj.
– Niby jak… – zacząłem, ale Marcel już stawiał mnie do pozycji pionowej. Trochę kręciło mi się w głowie. Trzymałem ową nogę w górze, ale zaraz straciłem równowagę i stanąłem na obu stopach. Znów coś chrupnęło. Rozdziawiłem usta. – No nie mówcie, że kość mi się zrosła.
– Pewnie. Ale nie martw się, nadal jesteś złamasem – zapewnił mnie Marcel.
Wydałem z siebie głośne „Łuhu!”, po raz pierwszy od śmierci czując, że może uda mi się czerpać choć trochę radości i zabawy ze swojego martwego stanu.
Cz. 2. Chrzest trupa – swoista abolicja
– Czas przejść do drugiego etapu chrztu Gustawa Adamowicza, czyli do swoistej alobicji, znaczy, eee… alibocji… Ekhem! Czas przejść do… abolicji! O! – Marcel zachwiał się na pieńku artystycznie. W ostatniej chwili złapał równowagę, po czym spojrzał na nas z przesadną powagą. – Czy ktoś chce zgłosić sprzeciw?
– Co to jest abilocja? – spytałem, podnosząc grzecznie rękę.
– Taki generalny akt łaski, na mocy którego organ władzy puszcza w niepamięć oraz przebacza przestępstwa, rozumiesz?
– A jak to się ma do mojego chrztu?
– Masz się wyspowiadać Marcelowi ze swojego życia, a on z łaski swej przebaczy ci to, co złe, i w ten sposób będziesz miał…
– Tabula rasa – dopowiedział za Ali Marcel z zadowoleniem. – Czystą kartę.
– O nie, nie, nie – odparłem zaraz, troszeczkę się przy okazji podśmiewując, bo wódka działała coraz bardziej. – Mam lepszy pomysł. Zagrajmy w butelkę. Tak żebyście też w tym wzięli udział. Chcę się o was, kochani, trochę dowiedzieć.
– Ale to ty masz pozbyć się życiowych brudów i żyć po trupiemu, a nie my – zaoponowała Ali.
– Jeśli mnie wylosujecie, chętnie odpowiem na wasze pytania – odparłem.
– A jeśli nie będziemy chcieli odpowiedzieć na twoje? – dopytywał Marcel.
– Kto nie zechce mówić, będzie musiał zrobić łyka.
Nie wiedzieć czemu, zaśmiali się z tego bardzo głośno, to i ja zachichotałem. Usiadłem na ziemi, powyrywałem trochę trawy i położyłem na ogolonym miejscu flachę, po czym gestem zaprosiłem gapiących się na ten proces przyjaciół, by usiedli. Trochę jeszcze kręcili nosami, ale w końcu się zgodzili. Marcel wyprostował swoje długie nogi, siadając bokiem, ja ułożyłem się po turecku, a Ali przycupnęła na zgiętych kolanach, wiercąc się od tego czasu bez przerwy.
Zakręciłem moją zero-siedem jako pierwszy i trafiłem na Marcela. Klasnąłem w ręce.
– Szybki strzał: jak umarłeś?
Marcel zmarszczył brwi tak mocno, że na chwilę przestałem widzieć jego oczy. Wziął flaszkę i popił łyka, a potem niemal rzucił nią z powrotem na ziemię.
– O cholera, stary, to musiało być coś naprawdę idiotycznego – uznałem z rozbawieniem. – Ali, ty chyba wiesz, jak zginął?
– Wylosuj mnie, to się dowiesz – odparła, wzruszając ramionami.
Milczący przez cały ten czas Marcel zakręcił flaszką specjalnie tak wolno, że nie było opcji, by na mnie nie trafiła. Właściwie to pchnął ją tylko w moją stronę. Prychnąłem.
– Oszukujesz!
– Cały ja, zapomniałeś? – Marcel szybko odzyskał humor. Kiwał się lekko to w przód, to w tył. – Dobra, powiedz mi, czego najbardziej żałujesz, że nie zrobiłeś za życia, nie licząc tej niewydanej książki.
– Że nie zaprosiłem Oliwki na randkę – rzekłem bez wahania, a później i tak popiłem wódki.
– Jakie to romantyczne! – wzruszyła się Ali.
– Serio? – stęknął w tym samym momencie Marcel. – Ale powiedz coś więcej – dodał zaraz.
– A co tu dużo gadać? – mruknąłem i zacząłem dużo gadać, choć język trochę mi się plątał. – No bo od trzeciego roku się w niej kocham, tak jakby z daleka. Ona była na specjalności nauczycielskiej, ale mieliśmy razem wykłady z teorii literatury. Gapiłem się na nią zza siedzenia jak jakiś idiota. Wiecie, może i przyciągałem do siebie ładne, zgrabne dziewczyny, takie tylko na chwilę, ale Oliwka była inna, wręcz książkowa outsiderka z okularami o czerwonych oprawkach. Urocza, ale cicha, mądra, ale skromna, z blond lokami, które zazwyczaj upinała w kok, a gdy je rozpuściła, to… cholera, noż śliczna była! Używała takich truskawkowych mgiełek do ciała, wiem, bo zawsze gdy koło mnie przechodziła, to je czułem, a ja lubię truskawki, słyszycie? Uwielbiam… – Kolejny łyk sprawił, że przełknąłem gulę rosnącą mi w gardle. – Właściwie nic o niej nie wiedziałem. Wyobrażałem sobie, że gdy się poznamy, pokażę jej moje książki, a ona zachwyci się nimi i uzna mnie za… za wartościowego. Ogólnie czasami zagadywałem do niej niby od niechcenia, nie zmieniając mojego wizerunku artystycznego, czyli zranionego nie wiadomo czym chłopca, a ona zawsze się płoszyła, pewna, że robię sobie z niej jaja. Ale byłem dupkiem. Gdybym wiedział, że zaraz umrę, wziąłbym z nią od razu ślub. Nie śmiej się, Marcel, taka prawda. Wiktor swego czasu też coś do niej miał, ale odpuścił, bo wiedział, że dla mnie Oliwia jest najważniejsza. Zresztą za dużo jarał. Mnie ratował tylko mój syndrom Johny’ego Deppa.
– No to dobry był z niego kumpel – wtrąciła Ali.
– Najlepszy – zapewniłem głośno i wyraźnie, niemal trzeźwo. – Wiedział, że podrywanie to jedno, ale miłość to co innego, to temat cholernie delikatny. – A potem się zaśmiałem. – Chyba faktycznie ze mnie romantyk, co?
– A jak. To na czym skończyła się ta wasza relacja? – dopytał Marcel.
– Jakiś miesiąc przed moją śmiercią… bo nie żyję, wiecie? – Znów zachichotałem. – No to od tego czasu przyłapywałem ją na zerkaniu na mnie. I wtedy raz, jeden jedyny, pogadaliśmy sobie dłużej, przez dobre dwie godziny, podczas okienka; było cudownie, ale ja, jak to ja, znalazłem sobie Sońkę, tymczasową laskę, żeby wzbudzić zazdrość w mojej miłości. A może raczej ze strachu, że miałbym wdać się w kimś w szczerą relację. W ogóle w jakiś poważniejszy związek. Nie dobijaj mnie tym wzrokiem, Ali, bo się zaraz rozbeczę. Ciągle obiecywałem sobie, że po studiach otworzę się na Oliwkę. Boże. Ależ tego chciałem. Tylko że nie zdążyłem, bo mnie, o chuju złoty, metalowa rurka przebiła na wylot.
Marcel westchnął ciężko i nachylił się w moją stronę. Szykowała się przemowa.
– Trzy ważne sprawy – zaczął przyjacielsko-pouczającym tonem, tak jakby to on teraz wcielał się w rolę mojego osobistego mentora. – Po pierwsze musisz pogodzić się z faktem, że Oliwia przepadła, że ten rozdział masz już za sobą. Nie powiem ci, żebyś o niej zapomniał, bo nie o to tu chodzi, rozumiesz. Ważne, byś przyjął do wiadomości, że etap uganiania się za nią jest skończony. No, chyba że akurat zaraz umrze, to ją tu spotkasz. – Uśmiechnąłem się na tę myśl, ale zaraz potem spoważniałem, widząc mordercze spojrzenie Ali. – Po drugie zważ na to, że gdybyś wkręcił się w związek, a dopiero potem umarł, czułbyś jeszcze większy ból po stracie, a tak to odczuwasz jedynie żal za tym, co w ogóle nie nadeszło. – Marcel spuścił na moment wzrok, a ja miałem nieodparte wrażenie, że mówi tu o własnym doświadczeniu. – Po trzecie – tym razem na jego twarzy pojawił się uśmieszek – kto ci zabronił flirtować tu, na cmentarzu? Trupy to też ludzie, przynajmniej kiedyś, kogoś na pewno sobie upatrzysz.
– No właśnie, jest tu jeszcze trochę niedorozłożonych trupic – powiedziała zaraz Ali, a potem świsnęła włosami i zamrugała szybko długimi rzęsami; w jej martwych, piwnych oczach odbijał się blask sierpowego księżyca. Parsknąłem śmiechem na ten iście filmowy widok, na co dziewczyna spochmurniała nagle. – Chociaż z drugiej strony może od razu załatwimy ci z cztery w zapasie, skoro masz w zwyczaju być z każdą po pięć minut. – Popiła łyka wódki ze złością.
– Tylko że mi teraz nawet jedna ładna pani trup nie przychodzi do głowy – mruknął Marcel, a widząc minę Ali, dodał zaraz: – No, nie licząc ciebie, gwiazdo. Chyba że… Hmm…
Już miałem wykrzyknąć, że przecież jest Wioletta, ale cudem się powstrzymałem. Z jednej strony dlatego, że chciałem sam do niej zagadać, bez ich pomocy, i to dopiero gdy uznam to za stosowne, na pewno nie po pijaku; z drugiej zaś – ja naprawdę nadal byłem zakochany w Oliwce i czułem, że chociaż teraz, po śmierci, powinienem zachować jej wierność, nieważne, czy byłem z nią w związku, czy nie. Pewnie mi to przejdzie. Ale na razie…
– Koniec tego, gramy dalej – powiedziałem szybko, nie chcąc, by przyjaciele zaczęli drążyć temat. Na szczęście szybko odpuścili. – Teraz ja kręcę.
Flacha zawirowała, wskazując prosto na Ali. Moje pytanie padło natychmiast.
– Jak umarł Marcel?
– Nawet gdy na mnie trafiłeś, pytasz o niego, a nie o mnie? – spytała poirytowana, nawet trochę rozczarowana. Zrobiło mi się głupio.
– Sama mówiłaś, że…
– Nie wiem, jak umarł, nie wiem, słyszysz?! – przerwała mi krzykiem, rwąc przy tym sporą kępę trawy, nawet Marcel się zdziwił. A potem ostentacyjnie przesunęła na niego flaszkę i spytała z udawanym zainteresowaniem: – O, Marcel! Jak umarłeś? To przecież najważniejsza informacja, bez niej nie przejdziemy dalej!
Ten tylko przewrócił oczami. Gdybym mógł, zrobiłbym się teraz cały czerwony.
– No weź, Ali, nie bądź taka, przepraszam… – jęknąłem.
Ona nagle zaśmiała się głośno, trzymając się przy tym za brzuch i odchylając w tył.
– Przecież jaja sobie z ciebie robię, Johny, no co ty! – zawołała i poklepała mnie po plecach. – Chyba bym była nienormalna, gdybym się o to obrażała.
Spojrzałem ukradkiem na Marcela, ale on tylko kiwnął lekko głową, jakby na znak, że ona tak ma i że trzeba się do tego przyzwyczaić. A jednak wiedziałem, że się nie przyzwyczaję. Że będę drążyć i dociekać. Ale nie teraz, nie dziś. Uśmiechnąłem się do niej.
– Dałem się nabrać. Dobra, to teraz Mar…
– Nie, moja kolejka.
Ali zakręciła flaszką podobnym stylem co Marcel – nie było szans, by na mnie nie trafiło.
– O, no popatrz, jakie szczęście. – Dziewczyna zmieniła pozycję, prostując nogi, a swoje kiedyś białe, teraz brązowe baleriny kładąc na moich udach. To iście świńskie ubrudzenie mnie wyraźnie poprawiło jej humor. – Opowiedz mi coś o tej twojej starszej siostrze.
– O Julii? Serio? Już Wiktor by był ciekawszy. Tu nie ma o czym gadać. – Parsknąłem, potem czknąłem i zacząłem o tym gadać. – Ona była oczywiście tą lepszą z rodzeństwa. Ścisłowiec. Wygrywała olimpiady z biologii, medycynę studiowała w Warszawie, stypendium naukowe miała w kieszeni, była rozchwytywana na prawo i lewo, praktyki zdobywała w najlepszych klinikach prywatnych, przynosiła honor rodzinie. Zawsze gdy już w swym zapchanym kalendarzu znalazła pięć minut dla swojej rodzinki, pytała mnie, czy wydałem wreszcie tę książę, no i na co jeszcze czekam. Zastanawiała się głośno, przy wszystkich, co ja w ogóle będę miał z tej filologii polskiej. Dziwiła się, że nie pracuję jeszcze w jakiejś szkole albo w wydawnictwie, że nie zarabiam tysięcy na siebie. Nawet nie macie pojęcia, jak każde z tych pytań mnie dobijało. Ogólnie nie sądzę, żeby robiła to złośliwie. Ona po prostu żyła w innym świecie, w świecie faktów, statystyk, stetoskopów i innych gówien, być może dosłownie. Jakaś wena, monomit, poetyckie metafory czy stylistyka języka zupełnie jej nie obchodziły. Miała to w dupie, bo to nijak miało się z ratowaniem życia, do cholery, było to niczym ważnym, niczym praktycznym, tylko jednym wielkim marnotrawstwem czasu, które nie daje efektów, a ja byłem dla niej nierobem, który nic w życiu nie osiągnie! – Wykrzyczałem to zdanie stanowczo za głośno. Spuściłem głowę. – Nieważne. Wiem, że już nie żyję i że już zniknąłem z jej życia. Może to i lepiej.
Nastała chwila ciszy. Dało się słyszeć jedynie szelest liści i echo rozmów z cmentarza.
– Nie kochałeś jej? – spytała w końcu Ali, nie patrząc mi w oczy.
– Oczywiście, że kochałem – wręcz warknąłem. Świat zaczynał wokół mnie lekko wirować. – Była dobrą osobą. Zawsze mi pomagała, gdy o to prosiłem. Podziwiałem ją. I zazdrościłem jej. Ale byliśmy tak od siebie różni, że nie umieliśmy się dogadać.
– Kurde, chłopie, ile ty ciężarów w sobie trzymasz – powiedział z zadumą Marcel.
– Weźmy zmieńmy temat, bo ta wódka zamiast nas rozweselać, to wprowadza grobową atmosferę. – Zachichotałem, a po mnie Marcel i Ali. A potem zakręciłem już na wpół pustą flachą, nie przestając się podśmiewywać. Trafiło na Ali. Tym razem nie popełniłem już wcześniejszego błędu. – W takim razie teraz ty mi powiedz, panno Alicjo, co nieco o tej swojej siostrzyczce.
– Mówiłeś coś o rozweselaniu? To grubo się przeliczyłeś – odparła nadal chichocząca Ali, co jakoś nie pasowało do jej słów, i sięgnęła po wódkę.
– Ej, no co ty, opowiedz coś, cokolwiek – zaoponowałem, przysuwając do siebie flaszkę.
Chichot dziewczyny zmienił się natychmiast w złość.
– Dżizas, może nie chcę rozdrapywać starych ran? – warknęła.
– Ale co nieco możesz mu zdradzić – wtrącił się Marcel.
– Oho, odezwał się ten, który jest taki wygadany! – zawołała Ali. Po chwili westchnęła i chyba trochę odpuściła. – A zresztą dobra, powiem w skrócie i na szybko. Moja siostra Ola miała tylko siedem lat, jak umarłam. Była wkurzająca, głośna i chyba miała ADHD.
– O popatrz, to tak jak ty – odważył się powiedzieć Marcel, za co dostał po głowie.
– Ale była też kochana i słodka, taka zawsze chętna do zabawy i tańca, często przesiadywałyśmy razem w domku na drzewie i bawiłyśmy się raz lalkami, raz autkami, ewentualnie zdechłymi żabami – kontynuowała coraz łagodniej dziewczyna, ale i coraz szybciej. – Najbardziej uwielbiała pływać. A mieliśmy basen koło domu, to w lecie dzień w dzień tam przebywała, cwaniara umiała już świetnie pływać w wieku trzech lat. Oczywiście ciągle zaciągała mnie do wody i potrafiła ryczeć całą godzinę, gdy jej odmawiałam, a przed moim występem akrobackim kompletnie nie miałam dla niej czasu. Wtedy płakała i płakała, aż mama kazała mi zostawić wszystko i popływać z nią, bo ją już głowa bolała od tych jej jęków. No jasne, zawsze trzeba było odpuścić Olce. Byłam rzecz jasna wściekła, więc gdy wlazłam do tego basenu, celowo ją denerwowałam i nie reagowałam na jej zaczepki czy prośby o wspólną zabawę, tylko stałam w kącie z założonymi rękami. Zachciało mi się sikać i powiedziałam jej, że mam jej tak dość, że wychodzę i już nigdy nie wrócę. Tak naprawdę poszłam się tylko wyjszczać w krzaki. Jeszcze zanim kucnęłam, poczułam wyrzuty sumienia, że tak ją potraktowałam, wiadomo. Chciałam potem wybiec zza rogu domu, wskoczyć na bombę i chlapać ją tak długo, aż sama powie, żebym wracała do domu. Tyle że nie zdążyłam tego zrobić. Bo umarłam, co nie. Popierdolone to.
Ali zamilkła, po czym zaczęła ćwiartować wyrwane wcześniej źdźbła trawy na maleńkie kawałeczki. Ja zaś gapiłem się na nią z szeroko otwartymi oczami, aż mi łezka spłynęła po policzku, a nawet i dwie. Marcel tylko spoglądał na nią ze smutkiem; najwyraźniej znał już tę historię.
– Tak mi przykro, Ali – bąknąłem w końcu. – Nawet sobie tego nie umiem wyobrazić.
– Było, minęło.
– A te listy…
Dziewczyna wymieniła szybkie spojrzenie z Marcelem.
– Na dzisiaj starczy – powiedziała zaraz.
– Ale…
– Gustaw, proszę.
Ali wyglądała na wyjątkowo smutną. A zatem to nie był koniec historii. Ale nie miałem zamiaru dopytywać. Nie teraz. Przytaknąłem.
Dziewczyna spuściła wzrok, potem Marcel, aż wreszcie ja. Nastała chwila ciszy, w której wpatrywałem się w swoje blade dłonie, które z lekka drżały. A może tylko mi się zdawało? Znów czknąłem, a to sprawiło, że ponura atmosfera nagle się rozwiała. Każdy z nas zrobił po solidnym łyku. I to ten łyk doprawił mnie na dobre.
– Wiecie, co? – Spojrzałem na nich z nagłym rozbawieniem; nie umiałem skupić na żadnym wzroku dłużej niż przez sekundę, zatem patrzyłem to na Marcela, to na Ali. – Właściwie to szkoda, że rodzice się jakoś nade mną nie znęcali, że nie zamykali mnie w piwnicy czy coś, przynajmniej miałbym pretekst do mojej chronicznej depresji, co nie, a do tego stałbym się iście tragicznym pisarzem. A tak to po prostu byłem przegrywem bez prawdziwego powodu do użalania się nad sobą. Ha, ha, ha, Boże, co za żenada!
Zacząłem się śmiać, jakby to był naprawdę dobry żart. Śmiałem się i śmiałem, a zanim któreś z pozostałej dwójki się odezwało, palnąłem aż nazbyt szczerze:
– Ty jesteś, Marcel, jakiś taki skryty, założę się, że miałeś najbardziej z nas trzech przejebane, ale byłeś i jesteś po prostu, eee, najtwardszy z nas, tyle że po śmierci troszeczkę, ale tak tylko troszeczkę, he, he, ci odbija, bo jeszcze nie przepracowałeś swojego życia…
Przez moment mina Marcela wyrażała zdziwienie, ale nie zdążyłem tego jakoś bardziej zarejestrować, bo po chwili chłopak zaczął wtórować mi w tym idiotycznym, pijackim śmiechu. Ali od razu się do nas dołączyła, opluwając mnie przy nagłym parsknięciu.
– Tyle że – zaśmiała się – Marcela – zaśmiała się głośniej – serio jego stary – zaśmiała się jeszcze głośniej – zamykał – śmiech przeszedł w jakiś zwierzęcy ryk – w piwnicy!
To przeważyło szalę. Zaczęliśmy się tarzać po trawie ze śmiechu, uderzać nawzajem, robić głupie miny, udawać ostentacyjnie płacz nad sobą, pokazywać skulonego ze strachu Marcela w piwnicy, potem Ali sikającą w krzaki, aż wreszcie mnie, ryczącego nad książką, a resztki wódki krążyły wśród nas. Zwłaszcza ja piłem najwięcej, Ali prawie wcale. Niczym się nie przejmowałem. Niewiele też z tego rozumiałem. Po prostu rozpacz w tym momencie dla mnie nie istniała, a wszystko wydawało się nadzwyczaj zabawne.
Gdy wreszcie trochę się uspokoiliśmy, a ja już zapomniałem, z czego się tak śmialiśmy, Marcel, przecierając łzy, wydyszał:
– Czas… na… etap trzeci!
Cz. 3. Chrzest trupa – afirmacja
Jest ze mną źle, jestem pijakiem i nie panuję nad sobą. Ta myśl przeszła mi przez głowę niczym strzała przebijająca mnie na wylot – jak szybko przyszła, tak szybko wyszła. Uśmiechnąłem się szeroko na widok Marcela dosłownie wpełzającego na pniak, siadającego opornie, próbującego wstać, ale szybko z tego rezygnującego, aż wreszcie mówiącego:
– Johny-świeżo-rozłożony, przyszedł czas na afri… afirmi… afirmację, a wiesz, co to oznacza?
– Właśnie, Johny-napalony, wiesz? – przyłączyła się leżąca na brzuchu i podtrzymująca się na łokciach Ali, której oczy szkliły się od łez.
– Że zakładam własną firmę? – odparłem i zaśmiałem się, ale tylko trochę, bo żart był słaby.
– Że musisz uczcić jakoś bycie zewłokiem i zrobić coś bardzo szalonego, może i niezgodnego z prawem, roo… rozumiesz? – Marcel spróbował zachować powagę, co wyszło mu dość pokracznie. – Konotacja tego etapu jest nadzwyczaj… rele… relewantna. Masz odwalić… kaszanę!
– Kaszanę! – Powtórzyła z zachwytem Ali. – Odwal rewelantną kaszanę, Gustaw!
– Ej, a co wy na to, że poderwę Wiolettę?
W tym momencie zdawało mi się to logiczne i jak najbardziej oczywiste. Marcel zrobił głośne i długie „Haaaa!”, a Ali głośne, długie i śpiewne: „Ulalaaaaa!”.
– Śliczna Wioletka, no jasne! Zapomniałam o niej. Daję wam sześć. Minut. – Dziewczyna wybuchła śmiechem. – Wiesz, że to lusterko pożyczyłam od niej? Mógłbyś jej je oddać, miałabym to z głowy.
– Może akurat, co, świeżaku? – Marcel uniósł dwuznacznie brwi. – Wioletta gra dość, hmm, niedostępną, temu o niej wcześniej nawet nie pomyślałem, ale kto, jak nie ty?
– W świetle prawa wypadnę przed nią olśniewająco? – spytałem, coraz bardziej przekonany, że muszę w trybie natychmiastowym pobiec na cmentarz i poderwać panią sexi-trup.
Obudził się we mnie dawny Gustaw. Gustaw-podrywacz. Gustaw-tajemniczy-chłopak. Gustaw-zraniony-pisarz. Gusatw-mogący-mieć-każdą. Zrobiłem półuśmieszek, patrząc na Ali i mrugając do niej, a przy okazji jedną ręką poprawiając sobie na niby fryzurę, a drugą sunąc po mojej brudnej koszuli, pod którą tkwiło nieruchome, przedziurawione serce.
– No i co, poleciałabyś na mnie? – spytałem niby-ponętnie, rozbawiony sam sobą.
Ali patrzyła na mnie z wysoko uniesionymi brwiami.
– Nie, a skąd – odparła po chwili krótko, wzruszając ramionami. – Nie jestem nekrofilką, już ci mówiłam, Dżizas.
– Ja tam myślę, że panna Wajoletta będzie zachwycona – odparł Marcel z zadowoleniem. Podniósł się chwiejnie, a potem podał mi rękę. – No, wstawaj, alvaro, idziemy na łowy cmentarne.
Chwyciłem się mocno jego dłoni, a on nie wytrzymał tej siły i spadł na mnie iście romantycznie, mając nagle twarz blisko mojej. Cmoknąłem na niego, a on udał, że wymiotuje. Zaraz, zaraz, nie. On naprawdę przechylił głowę i zwymiotował.
– Jakbyś to zrobił na mnie, to bym cię zabił! – zawołałem, wstając z trudem.
– Hej, Johny, zdradzę ci tajemnicę. – Ali zbliżyła się do mnie, wspięła się na palcach i zbliżyła wargi do mojego ucha niebezpiecznie blisko. Wzdrygnąłem się. Co ona…? Szepnęła: – On już nie żyje, tak jak ja i ty, i Wiolka. Wiolka też! Hi, hi.
Zanim zdążyłem coś powiedzieć, oddaliła się ode mnie szybko, idąc już w stronę cmentarza tanecznym krokiem.
Marcel wypluł resztki wódki, a potem spojrzał na mnie z dołu z miną zbolałą, choć jednocześnie rozbawioną.
– Ali jest zła, bo nie jest w centrum powagi, znaczy… uwagi – sapnął. Pomogłem mu wstać, co jakimś cudem nie skończyło się kolejnym wypadkiem. – A ja zeznaję, iż jestem pijany.
– Marcel… – Nagle wzięło mnie na powagę. Mózg na moment mi się rozjaśnił. – A dlaczego stary zamykał cię w piwnicy?
– Wnoszę o oddalenie.
I Marcel oddalił się chwiejnie, idąc za Ali. To i ja za nim poszedłem, nie będąc pewnym, o co właściwie teraz spytałem.
Idąc dziwacznie gęsiego, każdy zatopiony we własnych myślach, dotarliśmy do dolnej bramy.
– Hołota przyszła dość wcześnie, no proszę – mruknęła Wielka Zośka. Spojrzała na Marcela, który podpierał się o kolumnę z aniołem, podśmiewując się pod nosem ukradkiem. – A mediatorowi co zrobiliście?
– Marcel zgubił rękę prababki, ale jest zbyt ciemno, by ją teraz odszukał – wyjaśniła ze śmiertelną powagą Ali. Jak ona to robi?
– Za ciemno…? – Wielka Zośka uniosła niepewnie brwi.
– Wiesz co, Zofio, lepiej ich przepuśćmy, niech wypoczną – odparł nieco bardziej pojętny Stefan. – Szef nie musi się dowiedzieć. Jeśli tylko nie sprawicie kłopotów. A nie sprawicie, prawda, panie mentorze? Ja wiem, że byś nie mógł, panie mentorze.
– Jeszcze tyko poderwę Wiolettę i idę spać – odparłem zaraz uczciwie.
– A kto umarł, ten nie ma życia – skomentowała potulnie Ali.
– Ja nie zrobiłem nic złego – zapewnił nie wiadomo dlaczego Marcel.
I tak oto przeszliśmy przez bramę, kierując się w górę. Gdy doczłapaliśmy do pierwszych nagrobków, Ali uznała, że idzie się położyć. Podała mi lusterko.
– Powodzenia w tych żałosnych podrywach i te pe, ja muszę jutro wybudzać, także czas wypocząć. I wytrzeźwieć – uznała, choć miałem wrażenie, że wymiguje się od wielkiego podrywu. I że wcale nie jest aż tak pijana. Pewnie kantowała w piciu!
– Za-zdro-śni-ca – odparłem rytmicznie znienacka, sam nie wiedząc czemu.
Byłem pewien, że wybuchnie, że zdzieli mnie po gębie, i przez chwilę chyba chciała. Mierzyliśmy się spojrzeniami, a Marcel spoglądał na nas z boku z rozbawieniem.
– Płaczliwy, niby-zraniony, kochliwy, egocentryczny dupek! – zawołała i nie czekając na moją reakcję, sprintem pobiegła w stronę swojego grobu.
– Co się właśnie odjebało? – spytałem ze śmiechem. Udawanym śmiechem. Chciało mi się, o ironio!, zapłakać. – Zrobiłem coś nie tak?
– To Ali, mówiłem ci, że z nią jest ciężko, Johny – pocieszył mnie Marcel. – Olej ją. Czas na operację: Wajoletta!
Wyszczerzyłem się do niego. Słowa Ali brzmiały mi jeszcze w głowie przez chwilę, ale przyjaciółka-wódeczka stojąca mi w żołądku osnuła to nagłe zranienie przyjemną mgiełką zapomnienia. Teraz liczyło się to, w czym byłem najlepszy: podryw!
– Prowadź, podwładny – rozkazałem.
Ruszyliśmy niezdarnie w górę, a trupy wyglądały na nas zza nagrobków. Posyłałem całusy i machałem chyba każdej trupicy; część mi odmachiwała, część udawała (chyba), że mdleje, niektórym ich trupi partnerzy odwracali ze złością głowy, a jeszcze inne, te najbardziej rozłożone, kiwały z dezaprobatą głową, mrucząc coś pod nosem, z czego dosłyszałem między innymi „mentor-pijak” czy „frywolny” i „za świeży na mentora”. Ale oczywiście się tym nie przejmowałem. Czułem się panem tej nekropolii i wiedziałem, że mogę wszystko.
Marcel zatrzymał się w połowie drogi do krypty, a ja, zapatrzony w jakąś kościstą damę w kapelusiku, która mrugała do mnie niejednoznacznie, wpadłem na niego i omal się nie przewróciliśmy.
– Tee, zluzuj, ona może to zobaczyć.
Marcel wskazał długim palcem na grób po prawej stronie, blisko płotu. Wstrzymałem powietrze (nie, żebym wcześniej je w ogóle nabrał w płuca) i zagwizdałem cicho. Na płycie nagrobnej siedziała do mnie tyłem ona – z rudawymi, długimi falami powiewającymi na wietrze, z rubinową sukienką, która opadała finezyjnie na marmur, a nawet, na Boga, z książką w dłoniach, której brzeg udało mi się dostrzec. Wirowała mi w oczach, a może to ja wirowałem ze szczęścia na jej widok?
– Idealna – szepnąłem, ściskając mocniej lusterko.
Nagle coś mi przyszło do głowy: a co, jeśli jej twarz jest… trupia? Nigdy nie widziałem jej z przodu… Marcel popchnął mnie w jej stronę.
– Idź, nie masz na co czekać. Będę obserwować stąd.
A co mi tam. Może po śmierci spodobają mi się chłodne, trupioblade panny z wystającymi kośćmi policzkowymi? Wypiąłem pierś, głowę podniosłem do góry i z uśmieszkiem ruszyłem w jej stronę, ledwo trzymając się na nogach. Odwaga, zamiast maleć, tylko wzrastała. Kilka trupów z pobliskich grobów patrzyło na mnie z rozbawieniem, ale się tym nie przejmowałem.
– Księęężniczkooo! – zawołałem, będąc jakieś trzy kroki od niej. – Twój cmentarny pirat nadchodzi, by skraść twoje serce i zagrać ci na organach!
I wtedy spojrzała zza ramienia.
– Na sto tysięcy beczek rumu… – wydukałem wstrząśnięty. – Ty… ty żyjesz?
To było pierwsze, co przyszło mi do głowy, gdy zobaczyłem jej nieskazitelną, jak wtedy mi się zdawało, twarz. Miała gładkie, wcale nie aż tak blade lico, czerwone, niewielkie usta, zgrabny, prosty nosek, jasnoniebieskie oczy z długimi, czarnymi rzęsami, a nawet przyciemnione delikatnie brwi. Kosmyki włosów spływały jej po policzkach, zaś jej wyraz twarzy zdał mi się… onieśmielony, nawet i zlękniony. Poprawiła prędko włosy i przygryzła wargi, a ja zauważyłem proste, dość białe zęby. Właściwie to miałem ochotę ją natychmiast pocałować. Gdy tylko znów rozchyliłem usta, czknąłem, dlatego natychmiast z tego zrezygnowałem, mając w sobie jeszcze resztki godności. Mógłbym jej beknąć w twarz, i co? He, he.
– Ja… Oczywiście, że nie żyję – powiedziała cicho Wioletta, odwracając się niepewnie w moją stronę. Jej aksamitna suknia w złote wzory, wysoka niemal do szyi, doskonale uwydatniała jej wypukłe obojczyki, podkreślała też talię i krągłości. Nie, żebym patrzył, ja nie z takich.
– A zatem musisz być aniołem, o piękna, który to trzyma swe skrzydła w trumnie przez wzgląd na swą skromność…
Zbliżyłem się do niej, a ona cofnęła się zaraz jak sparzona ogniem.
– Ależ królowo, nie bój się…
– Chcesz mnie zapędzić do grobu? – spytała ze strachem.
– Jeśli tego zapragniesz…
– O mój Boże – jęknęła przerażona, cofając się jeszcze bardziej, aż położona za nią książka upadła na ziemię.
– Anna Karenina? – Podniosłem opasły tom i mrugnąłem do Wioletty, unosząc przy tym „ponętnie” brwi. – Romanse ci w głowie, aniele? Bolało, jak wpadłaś pod pociąg?
– J-j-jesteś straszny – powiedziała drżącym głosem i, o zgrozo, zaczęła odsuwać swoją płytę nagrobną.
– Ja? Straszny? Ej, no co ty!
Rzuciłem się, by przychwycić marmurową płytę i nie dać jej wskoczyć do środka, co skończyło się fatalnie – lusterko, które trzymałem w dłoni, upadło na ziemię; większe i mniejsze kawałki rozsypały się na bruku z nieprzyjemnie głośnym trzaskiem, który mógłby zbudzić zmarłego. Wioletta zapiszczała, chwyciła się za głowę, spojrzała na mnie swoimi pięknymi oczami, które wyrażały przerażenie.
– Ojeeej! – pisnęła cienko, a łezka spłynęła jej po gładkim policzku. A potem dała nura do swojego grobu tak błyskawicznie, że mój pijany mózg nie zareagował odpowiednio szybko, by ją powstrzymać. Zamykając płytę, przytrzasnęła sobie fragment sukni. No to chociaż tyle mogłem zrobić, że natychmiast wetknąłem tam rękę, by pomóc jej wcisnąć rubinowy materiał do środka. Ona również wysunęła swoją trzęsącą się dłoń, a nasze palce niechcący się spotkały. Pisk spod ziemi przeszył mi uszy na wskroś.
– Przepraszam, przepraszam! Jestem beznadziejny! – jęczałem. Zsunąłem się na ziemię z powieścią Tołstoja w ręku i oparłem się o jej grób, łkając głośno. Byłem przegrywem. Pijanym, martwym, odrażającym przegrywem. Większy fragment lusterka rzucił mi się w oczy. Przejrzałem się w nim i załkałem jeszcze głośniej. – Skoro straszę zmarłe kobiety, to jakim cudem mam się spodobać żywej…? Zresztą, zdradziłem ją, moją Oliwię! O Boże…
Nagle kucnął przy mnie wyraźnie starający się nie śmiać Marcel.
– Hej, przerabialiśmy to, Johny: żadnych żywych oliwkowych dziewczyn już nie zdobędziesz. Kiedy to wreszcie zrozumiesz?
– Wiem, wiem, przepraszam… – bąknąłem jękliwie, pociągając nosem.
– A z Wiolettą i tak osiągnąłeś niezły wynik. Normalnie ucieka już po kilku sekundach rozmowy. – Po chwili nie wytrzymał i dodał, podśmiewując się: – Ale i tak dałeś popis, do końca życia ci to będę wypominać!
– Panna Wioletta jest płochliwa jak sarenka – odezwał się ktoś z boku. Uniosłem głowę i zobaczyłem Henryka, który uśmiechał się do mnie troskliwie, choć jednocześnie z lekką naganą w oczach. – Chodźcie, chłopcy, do swoich grobów, nim więcej trupów was zobaczy w tym stanie, a zwłaszcza ciebie, mentorze.
– Ale ja nie zrobiłem nic złego – jęknął zawstydzony Marcel.
– Na razie, dlatego lepiej się schowaj, chłopcze.
– Och, Henryku, jak ja cię uwielbiam… – wyznałem czule. – I ciebie też, Marcel, biedaczku ty mój…
– Ja ciebie też, Johny-ochrzczony – przyznał płaczliwie Marcel, pomagając mi wstać, a właściwie udając, bo całą robotę wykonał Henryk. Odłożyłem książkę na grób Wioletty i grzecznie potruptałem za sekretarzem.
Gdy dwie minuty później wpełzłem już do swojej trumny, zapadłem w sen w mniej niż sekundę. Mówiąc dosadniej, zasnąłem jak zabity.