Boże, dlaczego teraz

Wiktor stał nad moją trumną, a ja leżałem całkowicie zesztywniały, nie mogąc się dobudzić, a co dopiero poruszyć. Mój przyjaciel był na haju, niezwykle chudy, z podkrążonymi brązowymi oczami i ogromnymi źrenicami. Stał tak i patrzył na mnie z góry z niepokojem.

– Gustaw, Gustaw, wstawaj, muszę ci coś powiedzieć! – powtarzał ponaglająco. – Wstawajże, stary! Gustaw, Gustaw! Johny!

Ale nadal nie mogłem się dobudzić. Oczy zamykały mi się same, a ja nie do końca ogarniałem, co się dzieje. Nagle poczułem, że coś ciężkiego wskoczyło mi na nogi. Chrupnięcie było nieprzyjemne. Złamał mi kości, idiota! Odchyliłem z trudem powieki i zobaczyłem kilka centymetrów nad sobą burzę posklejanych loków Wiktora i jego niedogolony zarost.

– Chyba już się sam domyśliłeś, o co chodzi? Obudź się i posłuchaj mnie wreszcie, debilu!

Potrząsnął mną, raz i drugi, a mnie wezbrało niesłuchanie dziwne uczucie, coś w rodzaju… mdłości? Tak to się nazywało? W każdym razie wreszcie zacząłem się wybudzać.

– Przestań, po prostu gadaj, słucham – wymamrotałem z trudem, ostatni raz przymykając oczy.

– Nareszcie! Chodzi o to, że…

Coś wyszeptał, ale nie zrozumiałem. Zmusiłem się do uniesienia ciężkich powiek.

– Ali?

Otworzyłem szeroko oczy. Dziewczyna pochylała się nade mną z miną na wpół wściekłą, wpół zaniepokojoną.

– Johny, Dżizas, jeśli natychmiast nie wstaniesz, to ci nogi z dupy powyrywam, nie żartuję!

Ale Wiktor… Nie, to był tylko sen. Podniosłem się gwałtownie i natychmiast tego pożałowałem. Rzygłem tuż obok Ali, prosto między swoje nogi, na świeżutki, aksamitny materiał, które wyścielał moją trumnę.

Nie było źle. Było tragicznie.

– Chcę umrzeć, Ali, nie wytrzymam tego kaca… – jęknąłem, kiedy dziewczyna wyskoczyła z obrzydzeniem z powrotem na górę i usiadła na skraju dziury, rzucając mi przy okazji chustkę. – Kiedy ja się położyłem spać, godzinę temu?

– Przespałeś blisko dwie doby, do cholery! Ominęła cię rewizja samej pani cmentarza. No i za ten czas zdążyli pochować jakąś staruszkę. Obowiązki wzywają, mentorze!

Przypomniałem sobie słowa grabarzy o rychłym pogrzebie. I zacząłem łkać jak najęty, wycierając jednocześnie chustką resztki wódki w sosie własnym.

– Nie… Błagam… Daj mi jeszcze godzinę…

Ali schyliła się i powiedziała półgłosem:

– Już kilkanaście trupów stoi kilka metrów obok i czeka, aż wstaniesz. Nie mają pojęcia, w jakim jesteś stanie, a z nowego grobu obok zaczynają się wydobywać jakieś dźwięki. Jeśli natychmiast nie wstaniesz i nie pomożesz jako mentor nowej zmarłej, to – tu nachyliła się jeszcze bardziej i powiedziała złowieszczo, nawet z uśmieszkiem błąkającym się na twarzy – jesteś skończooony, Jooohny. Dlatego weź się w garść, ty alkusie, i udawaj, że wszystko z tobą w porządku. I to już! Zagadam ich jeszcze przez moment.

Już miała wstać, gdy nagle jej mina spoważniała. Spojrzała na mnie niepewnie.

– A w ogóle to… nie jesteś zły za to, co ci wtedy powiedziałam…? Nie wiem, co we mnie wstąpiło… Pamiętasz to w ogóle?

– Ale co? Nie mam pojęcia, o co ci chodzi.

Miałem pojęcie, i to jak. Tylko to nie był dobry moment na rozmyślanie o tym.

– Ach, mniejsza o to. – Dziewczyna uśmiechnęła się z ulgą, po czym zniknęła z mojego punktu widzenia.

Westchnąłem ciężko. To nie tak, że byłem jęczącym amatorem, który nie potrafi jak dorosły człowiek zagryźć zęby, wziąć na siebie odpowiedzialność za własne wyczyny, wrócić do obowiązków i po prostu przetrwać kaca. O, nie, nie, nie. Tego, jak się teraz czułem, nie nazwałbym kacem. To było coś w rodzaju miażdżącego żołądek, odbierającego resztki człowieczeństwa mocarza, który burzy jestestwo i upadla każdą komórkę ciała, namawiając jednocześnie, by wypluć z siebie całe parszywe wnętrze w celu pozbycia się resztek procentów. Boże, dlaczego teraz. Dlaczego ta starucha nie mogła umrzeć trochę później? Co za złośliwość!

Dobra, faktycznie muszę się wziąć w garść. Dotarłem wymiociny, jednak została wstrętna plama, która codziennie będzie przypominać mi o tym, że schlałem się w trupa. Wcisnąłem brudną chustkę między trumnę a ziemię i przetarłem łzy. Ręce mi zzieleniały, gęba zapewne też. Musiałem się trochę rozłożyć przez te dwa dni. Zaczynałem trupieć. Fuj!

Gdy wstawałem do kucków, nogi trzasnęły mi głośno, a kości się nastawiły. Było to paskudne, choć jednocześnie sprawiające ulgę uczucie. To spowodowało, że zacząłem sobie przypominać przedwczorajszy chrzest, zwierzenia, trudne rozmowy, idiotyczny śmiech, dziwne zachowanie Ali… I Marcel… O co chodziło z Marcelem? A potem… O nie, tylko nie to… Wioletta! Spłoszyłem ją! Zraziłem do siebie, tak jak i Oliwię! Niczego się nie nauczyłem po śmierci… A ile osób musiało mnie widzieć pijanego? Dopiero co zacząłem fuchę mentora! Co ja sobą reprezentuję?

Powstrzymałem napad mdłości (i łez). Nie! Nic straconego. Dość użalania się nad sobą. Za życia zapewne przemilczałbym wszystko, udawał, że nic się nie stało, a najlepiej to skryłbym się w swoim pokoju i czekał, aż wszystko wróci do normy. Ale nie teraz. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: schlałem się jak świnia i narobiłem sobie wstydu. Taki jestem. Lecz potrafię stawić czoła konsekwencjom. Wstanę! Wstanę i pokieruję nowym trupem, który jest zapewne zagubiony i wystraszony. I zrobię to z uśmiechem na twarzy!

Zacząłem się podnosić do pozycji stojącej, bardzo powoli i z ciągłymi napadami mdłości. Kręciło mi się w głowie. Może i nie odczuwałem prawdziwego bólu, ale czułem jego echo w skroniach i w brzuchu, wyjątkowo nieprzyjemne. Szczerze mówiąc wolałbym już, żeby łeb mi tradycyjnie pękał. Mimo to zagryzałem zęby.

Wreszcie wypełzłem z grobu na powierzchnię niczym ślimak z muszli. Uniosłem głowę. Przynajmniej piętnaście trupów, w tym Henryk i Kostek, patrzyło na mnie niepewnie z góry, na swojego nowego mentora, który osiągnął dno. Mina Ali była karcąca i nagląca. Wstawaj, i to już – mówiła. No to wstałem. Wymiociny naszyły mi do przełyku, ale połknąłem je dzielnie i wyszczerzyłem się do umarlaków.

– Elo, melo, trzy, dwa, zero, trupy! – zawołałem, a zabrzmiało to tak durnie, że zaraz odchrząknąłem, kaszlnąłem, splunąłem i wyprostowałem się. – Wiem, wyglądam na przedwczorajszego. Przepraszam za te chwile nieobecności i za wszystko inne z tamtego wieczora, ale nie martwcie się, już wszystko mam pod kontrolą. – Trupy wyglądały na usatysfakcjonowane tym zapewnieniem. Zrobiłem dwa kroki w stronę nowego grobu, który znajdował się tuż pod moim. – Czas pomóc biednej nieboszczce, Stanisławie Piec… – skądś znałem to nazwisko, ale moja ciężka głowa ze mną nie współpracowała – która zmarła w wieku, hmm… dziewięćdziesięciu dwóch lat. Na pewno jest przestraszona. To jak, otwieramy wieko?

– Otwieramy! Dawać nam tu ją! – zawołały umarlaki. – Zobaczymy, jaki z niej będzie pożytek!

– Niechże rychło waćpanna pokaże swe jagody – dodał Kostek, aż mi się żyć odechciało.

Pewnie tak samo wołali przed moim powstaniem… Nieco zestresowany, przesunąłem delikatnie na bok okalaną ziemią, zniczami i wieńcami drewnianą płytę. Była ona dość szeroka, dlatego przypuszczałem, że zostawiono miejsce dla męża zmarłej. Zakląłem, gdy jeden znicz spadł na ziemię i się rozbił.

– Ajajaj – bąknąłem, zgrzebując czubkiem buta szkło pod grób, ale nikt poza Ali nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Każdy wyczekiwał nowego trupa.

Tak jak przypuszczałem, obok trumny znajdowało sporo miejsca na kolejne drewniane pudło. Wskoczyłem swobodnie do środka i… kucnąłem szybko, wymiotując tyłem do trupów. Starałem się to robić najszybciej i najciszej, jak mogłem, bez zbędnych, odrażających odgłosów, ale i tak co nieco wybrzmiało.

– Nieboszczce chyba coś się dzieje, lepiej otwieraj, mentorze! – zawołał Henryk, który prawdopodobnie chciał zatuszować w ten sposób mój wybryk.

Wstałem szybko, przecierając ukradkiem usta – ach, ależ byłem obrzydliwy – po czym odchyliłem wieko trumny, najpierw lekko, później na oścież.

O chuju złoty, cmentarzu przeklęty. To ona.

Zmarła podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała ze zdziwieniem najpierw na trupy, potem na siebie, aż wreszcie na mnie.

– Ojej, Gustuś, to ty? Nie żyję, prawda? Ojej, kurczę… Czy to niebo?

Wszyscy spojrzeli na panią Stasię z pobłażaniem, sympatią i współczuciem.

Ale nie ja.

I nie mogło to być niebo, bo kto jak kto, ale pani Stasia by do niego po śmierci nie trafiła.

Czytaj dalej –> Rozdział 13.