
Złość karpia
Pewien mały karp z jeziora
miał ze złości płetwy sztywne.
Inne karpie – istna zmora;
głośne, głupie, prymitywne.
Karp był jednak dla nich miły,
no i się na wszystko zgadzał.
Starał się wciąż z całej siły,
byle tylko nie zawadzać.
Tak go mama-karp uczyła:
masz być dobry dla każdego.
Dusił więc karp złość w swych żyłach.
Pragnął dobra, lecz nie swego.
Karp popadał w złe nastroje,
o czym wiedział on jedyny.
Kiedy sam był, ściągał zbroję;
pływał w kółko bez przyczyny.
Dnia pewnego na jezioro
przyszło wielkie zagrożenie.
Ktoś zarzucił tu sieć sporą.
Była pora na łowienie!
Inne karpie, hałaśliwe,
w sieć się zaraz zaplątały.
Nasz karp ukrył się cierpliwie.
Był cichutki, no i mały.
Rybak łowił wiąż i łowił,
pijąc przy tym w smutku wino.
– Wypłyń, karpiu! – tak biadolił.
Karp się zmartwił i… wypłynął.
– Mogę pomóc? – rzekł niepewnie,
lecz go rybak złapał w sidła.
W ciszy karp zapłakał rzewnie.
Nagle dobroć mu obrzydła.
Zdołał wbić swój wzrok w rybaka.
Ten miał gębę wyszczerzoną.
Wtedy to się stała draka:
skryty w karpiu gniew zapłonął!
Zaczął ryczeć, kląć i wrzeszczeć,
dając upust całej złości.
Chciał wyć głośno, głośniej jeszcze;
poczuł ulgę – tyle pościł!
Zanim zdążył się nacieszyć,
rybak, który go nie słyszał,
uznał, że się czas pospieszyć,
i go trzepnął. Spokój, cisza.
Karpia zjadł wieczorną porą.
Jakiś taki był gorzkawy.
Mało mięsa, ości sporo.
Czas poszukać lepszej strawy.