o rybaku i złotym rybsku bajka

O rybaku i złotym rybsku

Żył sobie raz rybak oraz jego żona.
Żona owa była niezrównoważona,
Gdyż się jej zachciało być głową rodziny
I na swego męża zwalać wszystkie winy.
Rybak nigdy nie miał nic do powiedzenia,
Chyba że chodziło o kwestię łowienia.
Tylko tuż przy wodzie miał pełną swobodę.
Pewnego dnia zatem, nie prosząc o zgodę,
Usiadł znów przy morzu, za wędkę chwytając.
Gdy tak siedział, fale przed oczami mając,
I gdy tak rozmyślał o swym marnym życiu,
Roniąc jedną łezkę, nawet dwie, w ukryciu,
Poczuł, że coś złapał. Wędkę więc przyciągnął
I na tłuste, wielkie rybsko wnet spoglądnął.
Pierwsze, co pomyślał, to że jego żona
Będzie z takiej ryby dość zadowolona.
Zaraz potem uznał, że chyba przesadza,
Że wręcz destrukcyjna jest dlań żony władza.
„Dość! – powiedział na głos. – Wiedz, złociutka rybko,
Że ciebie wypuszczę. Zmykaj, byle szybko!
Zrobię coś wbrew żonie i nic nie przyniosę.
Słowo, że tym razem jej straszny wzrok zniosę!”.
Kiedy, pewny siebie, przy haku majstrował,
Z głośnym biciem serca ot się zorientował,
Że to śliskie rybsko ma człowiecze gały
I na niego patrzy! Rybak wnet zbladł cały.
By tego wszystkiego mało jeszcze było,
Rybsko na słów kilka zaraz się zdobyło:
„Dzięki ci, o panie, za…” – i cisza potem,
Bo rybak do wody wrzucił ją z powrotem.
„Boże, co to było?! – wołał przerażony. –
Nie, to niemożliwe! Ależ ja spocony…
To są chyba zwidy… Gadająca ryba?
Buteleczka rumu chyba mi się przyda…”.
Rybak wszedł do karczmy. Trochę tam posiedział.
Gdy do chaty wracał, podniósł głowę. Wiedział.
„Skoro głupia ryba gadać może sobie,
To i ja w tym związku krok do przodu zrobię.
Nie dam żonie więcej mną pomiatać. Nie dam!
Żono, jak mnie wkurzysz, to cię nawet sprzedam!” –
Takie myśli mając, do swej chatki wkroczył.
Podszedł do kanapy, lekko się zatoczył,
Usiadł, potem czekał. Żona wyszła z holu.
„I jak dzisiaj łowy, leniwy łysolu?”.
„Nic dziś nie przyniosłem. Co ty na to, stara?”.
„Jak to: nic? Oj, mężu, dzisiaj będzie kara!
Ani jednej ryby nie ujrzałeś w wodzie?”.
„Ach, ujrzałem, ale ku własnej osłodzie
Życie tej piękności złotej darowałem.
I podziękowania od niej usłyszałem!”.
„Ach, kretynie, za nic masz nasze udręki!
Co my zjemy? Zaraz… Powiedziała: dzięki?”.
Żona nagle stała się bardzo potulna.
„Ryba gada? Mężu, korzyść tutaj wspólna!
Jeśli mówisz prawdę, a ja tobie wierzę,
Wówczas to niezwykłe, czarodziejskie zwierzę
Musi spełnić nasze (moje) trzy życzenia,
Boś jej dziś oszczędził wielkiego cierpienia.
Wróć tam i jej rozkaż, by nam dom sprawiła…”.
Rybak wnet jej przerwał. „Żono moja miła…
Żartowałem: głupia! Co się z tobą dzieje?
Przecież jam pijany! Co, jeśli się śmieję?
Jeśli ta rybeńka słowa nie wyrzekła?
Prawda to, gadała. Nie boisz się piekła?
Twoja chciwość wszelkie przekracza granice.
Uwierzyłabyś też w ogromną dżdżownicę,
Gdyby ta ci tylko zamek obiecała,
Oto właśnie ciebie kwintesencja cała!
Mam dość twojej władzy, twojej pazerności,
Ciągłych krzyków oraz braku twej miłości!
Powiem ci coś, stara: znam cię doskonale
I wiem, co byś chciała dostać w swoim szale.
Najpierw lepszą chatę, zamek zaraz potem.
Lecz to nie wystarczy, gdyż zyskasz ochotę
Na bycie królową, lecz to wciąż za mało!
Bycie cesarzową może by coś dało?
Albo anielicą? Może samym Bogiem?
Cóż jeszcze się może stać twoim wymogiem?!
Nie pozwolę, abyś niszczyła mi życie!
Przyznam, że wciąż wierzę bardzo, bardzo skrycie,
Że masz w sobie chociaż troszeczkę pokory
I odpędzisz zaraz wszystkie twoje zmory,
Stając się spokojną i stateczną żoną.
Chociaż raz to mi daj cieszyć się koroną!”.
Rybak, z rumieńcami, skończył swą przemowę
I na twarzy żony zobaczył podkowę.
Potem zaś kobieta łzami się zalała.
„Ach, jak ja się czuję teraz, mężu, mała!
Nie miałam pojęcia, że mnie tak postrzegasz.
I choć w przyszłość moją znacznie już wybiegasz,
Masz rację, kochanie: tak by pewnie było,
Gdyż przywództwo nieraz w nocy mi się śniło.
Znasz mnie więc na wylot; choć cię źle traktuję
I od lat nasz związek permanentnie psuję,
Dziś dopiero sobie to uzmysłowiłam.
Przepraszam cię bardzo, wiem, że zawiniłam!
Idź więc ty do rybki, bo ci się należy.
Liczę, że wciąż na mnie, skarbie, ci zależy!”.
Żona wciąż płakała. Mąż wytrzeźwiał trochę;
Uznał, że odstawił żenującą wiochę.
Żal mu było żony, lecz zrozumiał wreszcie,
Że się jej sprzeciwił. Zrobił to, nareszcie!
Potem ją przeprosi. Teraz, zły na niby,
Pójdzie znów nad morze, by poszukać ryby.
Gdy po chwili dotarł do piaszczystej plaży,
Wspominając sobie, o czym co dzień marzy,
Zawołał donośnie: „Rybo, rybo z wody,
Usłysz me wołanie, usłysz me zawody.
Z moją wolą wreszcie żona się zgodziła,
Więc ja decyduję. Gdzieś jest, moja miła?”.
„Czego chcesz, rybaku?” – ryba zapytała,
Gdy tuż obok z wody mu się wyłaniała.
„Czy o wszystko mogę prosić cię, wspaniała?”.
„Prosić sobie możesz…”. „Rany, głowa mała!
Ileż ja mam życzeń! A ile zachcianek!
Mógłbym tutaj spędzić chyba cały ranek!
Nie chcę być jak żona, więc wymienię kilka:
Pragnąłbym mieć pieska za mego pupilka,
Pięć krów i dwie owce, zapas ryb w spiżarni,
Wielki sad w ogrodzie i rośliny w szklarni,
Ale dość tych głupot, już czas na konkrety,
Chciałbym mieć, powiedzmy, jeszcze trzy kobiety,
Rumu dziesięć skrzynek, może trochę wina,
By mnie chciała każda młodziutka dziewczyna,
Dwadzieścia skrzyń monet, bo w monetach siła,
I by żona o to wszystko zła nie była!”.
Rybak się wyszczerzył i na rybę spojrzał,
Lecz w jej wielkich gałach… ach, pogardę dojrzał!
„Co tak na mnie patrzysz? Spełnij te życzenia,
Bo inaczej oddam ciebie do smażenia!”.
„Powiedz mi, rybaku, powiedz, tylko szczerze:
Czy ty wiesz w ogóle, com ja jest za zwierzę?
Jaja sobie robisz? A co mnie obchodzi
To, co ci po twojej pustej głowie chodzi?
Chybaś się, kretynie, bajeczek naczytał,
Skoro żeś z nadzieją taką tu zawitał!
Jestem głupią rybą, cóż, tylko że z głosem,
Lecz jakoś nie płaczę nad swym marnym losem!
Nie zjadłeś mnie, racja, w morze wypuściłeś,
Chciałam podziękować, że się rozmyśliłeś,
Ale nie zdążyłam. To się właśnie stało.
Ale tobie, głupcze, chyba ciągle mało,
Skoro myślisz sobie, że spełniam życzenia.
Won! To wszystko co ci mam do powiedzenia”.
Rybak stał jak wryty; żyć mu się nie chciało.
Ryba odpłynęła. „Co się właśnie stało? –
Myślał zrozpaczony, wracając do chaty. –
Może powinienem rozłożyć na raty
Wszystkie me zachcianki? Nic nie otrzymałem!
Ale czy z pustymi rękami zostałem?
W końcu moja żonka trochę spokorniała,
A wszystko przez rybę, co się odezwała!
Może taka była głupiej ryby rola,
Że znów na jaw wyszła moja wolna wola?”.
Wrócił więc do chatki nieco pocieszony.
Lecz żona go znów chwyciła w swoje szpony.
Chciał się więc pokłócić, krzyknąć, pójść do boju.
Nagle uznał, że ją zostawi w spokoju,
bo zrozumiał wreszcie: taki jest jak ona:
pragnął aż za wiele, więcej wręcz niż żona.
Płynie z tego prosta, lecz ważna nauka:
krytykować kogoś to jest żadna sztuka,
lecz należy najpierw sprawdzić samych siebie.
Może z nas się wina wielka też wygrzebie?