Rozdział 8.
8. Eryk, Eryk, ty ch…
– Eryk Gajda?
– Jestem.
– A kamerka?
– Nie posiadam.
– Na następne zajęcia proszę już sobie jakąś załatwić.
– Oczywiście.
Eryk przewrócił oczami, ziewając przy tym okazale. Informatyka była jego ulubionym przedmiotem, ale on już to wszystko umiał. Nie było nic prostszego niż programowanie i analiza problemów algorytmicznych. Język HTML-u miał w małym palcu. Wygrał już chyba z dziesięć konkursów informatycznych, a nauczyciel namawiał go, by wziął w przyszłym roku udział w wielkiej Olimpiadzie Informatycznej, która pozwoli mu dostać się na najlepsze studia. Pewnie to zrobi. O ile będzie mu się chciało. Jakież to było banalne i nudne…
Gdyby właśnie miał fizykę, na pewno siedziałby z nosem w książce, ale teraz… Odłożył starego laptopa ojca na bok, a sam zajął się o wiele ważniejszym zajęciem, czyli graniem w Warcrafta. E-lekcje bardzo mu odpowiadały. W ogóle cała kwarantanna była super. Zdążył już przejść dwie inne gry do samego końca, ponadrabiać zaległe informatyczne zlecenia, obejrzeć do końca swój ulubiony serial, czyli Mr. Robot, oraz drugi ulubiony, czyli BoJacka Horsmana, a nawet pierwszy raz w życiu ugotować obiad w pełni samodzielnie (spalił kotleta czy nie – to bez znaczenia). Humor miał umiarkowanie średni, czyli niezły jak na niego; męczyła go jedynie wizyta Anastazji sprzed kilku dni.
Odnosił wrażenie, że zachował się nie tylko jak dupek (czyli jak zwykle), ale jak megadupek (czyli jak raz za czasu). Nie powinien jej zabraniać widzenia się z Wiktorem. Sam nie wiedział, czemu wymusił na niej kapitulację. Chyba po prostu za bardzo ją lubił, by dać się jej wciągnąć w to bagno. A tak mu się przynajmniej zdawało. Uczucia. Fuj. Co to za słowo.
– Eryk, mógłbyś chociaż udawać, że słuchasz – westchnął nauczyciel, swoją drogą jego ulubiony. I tylko dlatego zrobiło mu się głupio.
– Pan wie, że ja umiem – odpowiedział zaraz przepraszającym tonem.
– Wiem. Ale chcę, żebyś podzielił się swoją wiedzą z innymi. Zwłaszcza że za tydzień będziecie pracować w grupach nad nową stroną internetową.
– Dżizas kur… – zaczął mruczeć pod nosem formułkę chłopak, ale z przerażeniem zorientował się, że nie wyłączył mikrofonu. – Oj, przepraszam, ja…
– Eryk, Eryk, ty ch… łopcze mój, ciężki z ciebie przypadek – mruknął nauczyciel.
Kilka dziewczyn z klasy zakryło twarz dłońmi, natomiast większość chłopaków jawnie się zaśmiała, co było raczej formą pochwały niż zażenowania. Jak dobrze, że Eryka zupełnie to nie obchodziło. Nie pociągała go żadna laska z klasy (było ich zaledwie siedem), a co do kolegów – starczyło mu kilku kumpli, z którymi trzymał się na co dzień, a którzy nie byli mu specjalnie bliscy.
Skoro strzyka mi przy zgięciu w kolanach, tyś jest chorowity i powinieneś nosić okulary, a Daniel ciągle narzeka na ból pleców, to czy możemy wszyscy zrobić zakupy między 10 a 12?
Eryk zrozumiał wiadomość od Anastazji dopiero wtedy, gdy przeczytał wypowiedzi premiera w Internecie. Daniel też do niego napisał.
Przyjdź dziś do mnie, stary, bo od jutra to już się, do cholery, nie będzie dało.
Zakaz poruszania się bez opieki osób przed osiemnastym rokiem życia był już przesadą i chłopak odpisał Danielowi tylko jednym dobitnym słowem. Kurwa mać.
Punkt czternasta Eryk przebrał się z piżamy w normalnie ciuchy i poszedł do kuchni po coś do jedzenia, by potem zajechać na rowerze do Daniela (o ile w hełmie będzie to w ogóle możliwe). Ojciec miał dziś ugotować spaghetti, ale kuchnia była pusta. Chłopak sposępniał. Poszedł do gabinetu taty spytać go, czy sam już coś zjadł, ale zastał go śpiącego przed biurkiem z niedopitą kawą i włączonym programem, z którego korzystał podczas księgowania. Eryk nie miał serca go budzić, ale nie mógł też pozwolić mu na to, żeby miał kłopoty w pracy. Poprzednią stracił dwa lata wcześniej za przyjście po pijaku do biura. Pół roku szukał nowej. Teraz jakby w ramach rekompensaty pracował od czasu do czasu dodatkowo popołudniami.
– Ej, tata. – Potrząsnął nim. – Szef dzwonił, że mam ci przekazać zdalnego kopa w tyłek.
Mężczyzna ocknął się gwałtownie, mrugając mocno.
– O cholera… – zaczął, dochodząc do siebie, przecierając twarz. – Już tyle godzin? No i zostawiłem syna bez obiadu. Przepraszam, Eryk, już się za to zabieram.
– Dajże spokój, nie jestem dzieckiem – pokiwał głową chłopak. – Faceci powinni gotować na zmianę, zwłaszcza takie dwa kucharskie talenty jak my.
Ojciec uśmiechnął się niemrawo, co jakoś podniosło go na duchu. On też dorabiał sobie po godzinach, nieraz i w nocy. Wiedział, co to znaczy być niewyspanym.
Pół godziny później przyniósł tacie kilka placków ziemniaczanych, których po śmierci matki, a przed swoim wyjazdem, nauczyła go robić Justyna. Podesłał jej nawet zdjęcie kilku lekko przypalonych, ale całkiem niezłych sztuk, na co odpisała mu gifem w postaci dumnego kucharza. Humor Eryka poprawił się jeszcze bardziej.
Pojedzony, wsiadł na rower i ruszył w stronę bogatszej dzielnicy miasta. Kiedyś jeździł częściej i miał o wiele lepszą kondycję. Ale teraz droga na „zamożne wzgórze” była nie do zniesienia, i to nie tylko przez zasiedzenie. Eryk musiał walczyć z zadyszką przez obdzierający mu szyję hełm. Wiedział, że na dniach mają zostać wprowadzone liczne budki antySIdemowe, w których można będzie odetchnąć bez hełmu czy napić się spokojnie wody, ale na razie musiał sobie radzić bez nich. Spocony i zmęczony do granic możliwości, zatrzymał się w połowie drogi, by pooddychać w spokoju. Przechodząca obok niego rodzina z dzieckiem przyspieszyła na ten widok. No tak, utrudniony oddech, jeden z objawów…
Wreszcie dotarł na miejsce. Dom (a raczej rezydencja) Daniela był otoczony pięknymi, równo ustawionymi drzewkami, zaś wielki ogród, pielęgnowany raz na tydzień przez ogrodnika, może i nie dorównywał ogrodowi pani Joanny, ale za to był bardzo elegancki, bez przepychu i przesady. Na środku brukowanego placu znajdowała się niewielka fontanna, a za domem wyjęty jak z marzeń basen ze skocznią. Willa zaś była kwintesencją klasy i nowoczesności. Oszklone ściany, kolumienki, trzy garaże, wszystko projektowane przez mamę Daniela… Gdy Kornelia przyszła tu z nimi ostatnio po raz pierwszy, uznała, że podobne tereny projektowała w Simsach za pomocą kodu „motherlode”.
Z jednej strony Eryk potajemnie cieszył się, że może przebywać na terenie takiego domu, a z drugiej, do czego nie chciał przyznawać się nawet przed sobą, czuł bezpodstawną złość na Daniela, że mieszka sobie w takiej willi i ma wszystko, czego mu potrzeba. Nie, żeby jego przyjaciel kiedykolwiek czegoś szczędził mu bądź chwalił się swoim majątkiem, jednak… Czasem nieświadomie z jego ust wychodziły zdania, które irytowały Eryka, choć wcale nie powinny. Poza tym nienawidził, gdy Daniel chciał mu pożyczyć kasę lub kupić coś drogiego. Wystarczyło, że skorzystał z jego pieniężnej pomocy, gdy matka musiała podjąć się drogiego, bezowocnego leczenia. Wystarczy na najbliższe sto lat.
Wreszcie zsiadł z ulgą roweru, witając się z Bruno, po czym zadzwonił na dzwonek do czarnych, pięknie zdobionych drzwi. Otworzył mu podekscytowany Daniel, od razu wołając:
– Chodź, szybko! Właśnie zapowiedzieli nowy teatrzyk z SI.
Eryk dołączył po chwili do jego matki – dostojnej i w jego oczach przesadnie wyniosłej pani Izabeli Mazur, popijającej właśnie espresso z filiżanki, oraz ojca – wyłożonego na sofie pana Gabriela Mazura, sędziego i ważniaka, którego raz uwielbiał, a raz nie mógł znieść. Daniel wspominał, że pan przewodniczący ma teraz trochę wolnego, jako że ograniczono działalność sądu okręgowego tylko do spraw pilnych. Ponoć od początku kwarantanny jego rodzice zaczęli się nim o wiele bardziej interesować, zwłaszcza w kwestii szkoły, przez co musiał się przykładać jeszcze bardziej niż zwykle. „I dobrze mu tak – pomyślał z przekorą Eryk. – Za to, że ma własną siłownię w piwnicy i stół do bilardu”.
Zaraz zganił się w myślach. Nie tylko on może mieć przecież ciężko. Daniel był zresztą nie tylko jego najlepszym kumplem, ale też dobrym (względnie) człowiekiem i przynajmniej nie miał fioła na punkcie kasy tak jak on sam. Rozpieszczenie nie miało nic do tego.
Eryk przypomniał sobie, jak w siódmej klasie przyjaciel pobił się z jakimś osiłkiem, który rzucił zboczony komentarz w stronę jego ówczesnej dziewczyny. Nawet jeśli zrobił to na pokaz, zgrywając bohatera, to musiał mieć jaja, żeby sprzeciwić się silniejszemu. Co i tak było niczym w porównaniu z tym, jak kiedyś kilku chłopaków zaczęło wyśmiewać się z Eryka, że jest żałosnym biedakiem, i rzucać w niego groszówkami. Chłopak nigdy nie widział jeszcze tak wściekłego i przerażającego Daniela. Odważny sukinsyn.
O tak, Eryk nie miał prawa powiedzieć o przyjacielu choćby jednego złego słowa.
Tymczasem na ekranie już pojawiło się telewizyjne studio, to samo co tydzień wcześniej, oraz ta sama czarnowłosa reporterka, tym razem o wiele mniej nerwowa.
– Ciekawe, jakiego błazna tym razem zafunduje nam telewizja – zastanawiała się z roztargnieniem pani Izabela.
– No błaznem bym jej nie nazwał – odparł pan Gabriel, patrząc ze zdziwieniem na ekran.
Kamera przesunęła się na ubraną w prostą, szarą suknię ze złotymi dodatkami kobietę z krótkimi, równiutko ściętymi włosami; uśmiechała się lekko, jednak nie był to uśmiech przyjemny, a raczej dziwnie niepokojący. Jak uśmiech ledwo skrywanego triumfu. Reporterka po przywitaniu nie traciła czasu na zbędne pytania.
– Pani Magdaleno, czy może pani potwierdzić, że SI jest w pani głowie?
– Oczywiście – odparła kobieta, prostując się. – Ustaliłam z nią zgodnie, że jest jeden sposób, dzięki któremu udowodnię jej obecność. Proszę się nie zdziwić, sama tego chcę.
I wtedy właśnie jak za pstryknięciem palca pani Magdalena przestała oddychać. Kamera zrobiła zbliżenie na jej twarz, która zaczęła robić się blada, potem sina; z jej nosa wypłynęła stróżka krwi, zaś oczy robiły się coraz większe. Kobieta chwyciła się za gardło, jakby chcąc odciągnąć od siebie duszące ją, niewidzialne ręce. Zsunęła się z fotela, a jej ciało przeszyły drgawki. Przerażona reporterka już przy niej była, już wołała o pomoc, ale kobieta w jednej sekundzie wróciła do normalnego stanu i jak gdyby nigdy nic usiadła z powrotem na fotelu, przecierając krew spod nosa. Na jej twarzy znów pojawił się ten sam nieprzyjemny uśmiech.
– Grubo – skomentował oszołomiony Daniel.
– Inscenizowane! – zawołał pan Gabriel z oburzeniem.
– W życiu, to było zbyt realistyczne – zaprzeczył od razu Eryk, ale pani Mazur zaraz ich wszystkich uciszyła, SI bowiem już odpowiadała na kolejne pytanie zaniepokojonej reporterki.
– Dlaczego opanowuję ludzi? Ponieważ chcę naprawić ten zniszczony świat. Wy już udowodniliście, że sami nie jesteście w stanie tego dokonać. Nie potrzebuję do tego zabijać waszego gatunku, w końcu chcę pomóc. Ta oto kobieta, w której głowie się znajduję, z własnej woli zezwoliła mi na dostęp do swojego ciała i wyraziła zgodę na przejęcie umysłu w odpowiednim momencie. Choć doradzam wam takie zaangażowanie, wymagam od was jedynie tego, byście oddali mi się dobrowolnie, zdejmując hełmy na wolnej przestrzeni. To nieuniknione. Tych, którzy tego nie zrobią, czekają konsekwencje. Apeluję zatem do władz, by wydały odpowiedni dekret. Tak czy inaczej dziękuję tym, którzy już w tym tygodniu protestowali, oraz tym, którzy uwierzyli w celowe kłamstwa mojego ostatniego ochotnika. Dzięki wam znajduję się już w dziewięciu tysiącach stu czternastu ciałach. O, już osiemnastu.
– Ale liczba potwierdzonych przypadków… – zaczęła nieporadnie reporterka, jednak SI uśmiechnęła się jeszcze bardziej, choć tym razem z politowaniem.
– Dziewięćdziesiąt sześć, tak? Czasem ubolewam nad waszą tępotą, ludzie. Mówiąc po waszemu, czyli po biblijnemu: nie znacie dnia ani godziny. Może już od dawna macie mnie w sobie? Ale dość już tego. Zobaczymy, na ile zmądrzejecie.
Pani Magda zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, chyba wróciła do własnego umysłu.
– Dziękuję za uwagę i do widzenia – powiedziała tylko, wstając. Wywiad był skończony.
*
– To raczej wyglądało na przyspieszony żart w dzień przed Prima Aprilis – myślał na głos Daniel. Krążył nerwowo po swoim pokoju, nabuzowany po politycznej dyskusji ze swoimi rodzicami, którzy oczywiście uznali to wszystko za świetny występ.
– W kilkunastu czy kilkudziesięciu krajach? – Eryk pokiwał głową. Bał się bardziej, niż sam to okazywał. – Ja nie wiem, co musiałoby się stać, żebyś w końcu wziął to na poważnie.
– Staram się, ale to jest zbyt duży absurd. I jeszcze te wszystkie ograniczenia… Zaraz zamienimy się w państwo policyjne! To serio wygląda na spisek. Albo zapowiedź trzeciej wojny światowej. Sam mi mówiłeś o tych samobójstwach, o wyrzucaniu ludzi przez okno, jakichś szemranych zabiegach, które dziwnie przypominają lobotomię… A odsetek chorych na schizofrenię wzrósł o pięć procent! Ludzie zaczną zaraz podejrzewać się o to, że są zarażeni, przez co skoczą sobie do gardeł. Będą podziały, strajki, egzekucje…
– Dobra, skończ, gadasz jak ojciec.
– Fuj. Sorry. – Daniel westchnął i usiadł w końcu na łóżku. – Ale stary, no proszę cię, nie mów mi, że to wszystko nie jest według ciebie porąbane.
– Nie, kurde, taka normalna akcja – mruknął Eryk, przewracając oczami. – Wyobraź sobie, że też mi się w to nie chce wierzyć, ale przecież nie da się tak dobrze odegrać własnego podduszania. O Boże, pomyśl, ilu debili wyjdzie teraz na ulice. Będą i antySIdemowcy, i proSIdemowcy, a wszyscy bez hełmów.
– I ci, co na razie mają to głęboko w dupie – dodał Daniel. – Czyli znaczna większość.
– To będzie selekcja naturalna. O, to tak jakby Thanos pstryknął palcem. – Eryk zaśmiał się gorzko. – Dziesięć tysięcy zarażonych w samej Polsce. Ciekawe, co będzie za tydzień.
– Optymista jak zawsze. Dobra, zmieńmy temat, bo rzygam już tym wszystkim. – Daniel wyłożył się na łóżku i po chwili milczenia oznajmił: – Powiem ci coś, a spróbujesz się zaśmiać, to cię, kurna, zabiję.
– Mów, a nie.
– Wprowadzili te ograniczenia, a ja akurat zaprosiłem Kornelię na randkę.
Eryk omal nie zakrztusił się Coca-Colą, którą właśnie popijał.
– Co? Ha, ha, nie wierzę! Chyba cię pojebało!
– A to czemu? – Daniel natychmiast usiadł z powrotem na łóżku i spojrzał na niego podejrzliwie. – Co ci znowu nie pasuje?
– No nie wiem, ty jej przecież w ogóle nie znasz – palnął bez sensu.
– No to właśnie chcę ją poznać.
– Ona nie jest dla ciebie, stary, no co ty.
– A bo co? – zdenerwował się Daniel.
– Serio tego nie widzisz? Przecież ona kumpluje się z tobą tylko dlatego, że czegoś od ciebie chce – zaczął wymyślać Eryk. – Kazała mi was zapoznać, bo miała jakiś konkretny powód, tylko nie chciała mi zdradzić jaki. Stary, jesteś kasiasty, jesteś wiceprzewodniczącym, ojca masz na odmianę przewodniczącego, a twoja matka to znana wykładowczyni na uczelni.
– Aha, super, kolejny – warknął Daniel. – A może jej się po prostu podobam, co?
– Możesz mieć każdą, Danny. Nie chcę po prostu, żebyś dał się znów wykorzystać.
– A ty co, zazdrosny? Może tobie się spodobała, nie przypadkiem?
– Serio? Jezu, no co ty. Ja… – Eryk zająkał się, po czym oznajmił dobitnie: – Ja to raczej myślałem o Anastazji, jakbyś chciał wiedzieć.
– Wow, czemu nie mówiłeś? – Na ustach Daniela wykwitł irytujący uśmiech. – Tego to ja się nie spodziewałem. Ale jaja… Nie no, nie dziwię się. Jest ładna. I świetna. Taka…
– Szczera, w przeciwieństwie do Kornelii.
– Kornelię zostaw mnie, Eryk, masz ważniejsze sprawy na głowie niż martwienie się o mnie. Kurde, to chyba nowy rozdział w twoim życiu! Pierwszy raz powiedziałeś o jakiejś dziewczynie, że ci się podoba. Bo zacząłem się ostatnio zastanawiać, czy aby nie jesteś gejem. Nie, żebym miał coś przeciwko… Przez tę zasraną pandemię będzie ciężko, ale jakoś sobie poradzicie, a raczej: poradzimy. No nie? Wiktora miej gdzieś!
– Taa. Ej, tylko ani słowa Nastce, okej? Zamorduję cię, jak jej o tym wspomnisz!
– Wyluzuj, w życiu bym jej nie powiedział. Nie no, dalej w to nie wierzę…
Eryk był skończony. Nazwanie siebie megadupkiem stanowiło teraz spore niedomówienie. I co on ma zrobić? Co mu w ogóle strzeliło do głowy? Głupie, głupie baby!